Autor: Czesław K. Grzelak

Rytm, 25 lutego 2010

5. Reakcje sojuszników i sąsiadów Polski

Minister spraw zagranicznych Polski płk Józef Beck wiadomość o agresji sowieckiej otrzymał o godz. 6.00. Jak sam pisze, po potwierdzeniu jej autentyczności [...] wydałem bez-zwłocznie instrukcje placówkom dyplomatycznym zawiadomienia rządów, przy których są akredytowane, iż nastąpił akt agresji ze strony Związku Sowieckiego w stosunku do Polski. Wobec aliantów zaznaczyłem, że oddziały graniczne polskie stawiły opór i że Rząd Polski oczekuje zajęcia stanowczej pozycji przez państwa sprzymierzone - wobec rządu sowieckie-go64.

Tymczasem już dzień wcześniej (16 września) między Paryżem a Londynem trwały roz-mowy, które miały doprowadzić do wspólnego stanowiska w sprawie zachowania się alian-tów na wypadek wkroczenia Armii Czerwonej na terytorium Polski, którego spodziewano się w ciągu najbliższych godzin. Ambasador Francji w Londynie André-Charles Corbin, depe-szował 16 września do premiera Daladiera: Podobnie jak Pan sądzę, że ograniczona akcja, do której ZSRR może się posunąć wobec części obszarów Polski [...], nie powinna koniecznie pociągać za sobą natychmiastowej reakcji dyplomatycznej z naszej strony [...]65.

Praktycznie więc, zanim jakiekolwiek noty rządu polskiego zdążyły dotrzeć do zachodnich sojuszników w związku z agresją sowiecką, ci już faktycznie zdecydowali, że nie podejmą żadnych poważniejszych kroków wobec nowego agresora na sojusznicze państwo.

Niezbyt pewnie również czuł się rząd sowiecki, czekając na reakcję Francji i Wielkiej Bry-tanii. 17 września ambasador ZSRS w Londynie, Iwan Majski, zanotował w swoim Dzienniku: [...] Jaka będzie reakcja Anglii na nasze działania? Czy Anglia może wypowiedzieć nam woj-nę? [...] Czy zerwie z nami stosunki dyplomatyczne? Nie sądzę. Taka polityka byłaby ponad jej siły. Przeciwnie, będzie unikać wszystkiego, co mogłoby dodatkowo pogorszyć i tak jej trudną sytuację i sprzyjać umocnieniu związków między ZSRR a Niemcami. Oczekuję więc noty prote-stacyjnej, ostrego wystąpienia premiera w parlamencie, kampanii w prasie, ale niczego wię-cej66.

Z kolei ambasador sowiecki w Paryżu, Jakow Suric, mimo dosyć trudnych rozmów z pre-mierem Daladierem 18 września, mógł nazajutrz wysłać do Moskwy uspokajającą depeszę: [...] Już teraz z jakąś dozą pewności można powiedzieć, że rząd francuski żadnych "wnio-sków" nie wyciąga i zachowa pozycję wyczekującą, byleby tylko nie prowokować ZSRR i nie dopuścić do większego zbliżenia radziecko-niemieckiego67. Również Edward Benesz w roz-mowie z Majskim 22 września powiedział, że do akcji ZSRR" z 17 września odnosi się z pełną aprobatą [...] ZSRR nie mógł inaczej postąpić68.

Stanowisko Benesza może okazać się zrozumiałe ze względu na "ciągotki" sojusznicze do Związku Sowieckiego oraz pewnym "odwetem" za zajęcie przez Polskę Zaolzia w 1938 r. Natomiast na stanowisku Francji i Wielkiej Brytanii zaciążyły między innymi opinie brytyj-skich sztabowców (jeszcze sprzed wybuchu wojny), że bez udziału Armii Czerwonej poko-nanie III Rzeszy może być bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe. Należy się chyba także zgo-dzić z opinią prof. M. Zgórniaka, według którego: Troską główną aliantów i zwłaszcza fran-cuskiego dowództwa było to, aby Niemcy niejako z marszu, w pościgu za wojskami polskimi, nie wkroczyli do Rumunii [...] Gamelin przykładał ogromną wagę do tego, żeby stworzyć jakiś front południowo-wschodni. Rumunia była też obiektem alianckich, brytyjsko-francuskich gwarancji. Chodziło przede wszystkim o naftę rumuńską, chodziło o to, że gdyby Rumunia, produkująca wtedy 6 milionów ton ropy naftowej rocznie, dostała się w ręce nie-mieckie, cała koncepcja strategiczna wygłodzenia Niemiec, koncepcja blokady, automatycz-nie by się załamała. Główną troską dowództwa alianckiego było uratowanie Rumunii. W tym kontekście - rzecz zabawna - to, co stronę polską najbardziej dotknęło - uderzenie armii sowieckiej na Pokucie, które doprowadziło do odcięcia resztek Wojska Polskiego od Rumunii i uniemożliwiło ewakuację tych wojsk do Rumunii [...], wywołało niejako entuzjazm sztabu francuskiego, sądzącego, że wojska sowieckie odgrodzą, uratują Rumunię przed Niemcami69.

Tak więc nad Sekwaną i Tamizą wybrano opcję "mniejszego zła" - oczywiście w rozu-mowaniu Francuzów i Anglików. Wielka Brytania i Francja odrzucały możliwość wypowie-dzenia wojny Związkowi Sowieckiemu z powodu agresji na Polskę. Podczas posiedzenia brytyjskiego Gabinetu Wojennego w pierwszym dniu sowieckiej agresji przyjęto opinię eks-pertów Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że układ polsko-brytyjski z 25 sierpnia 1939 r. nie nakładał na Wielką Brytanię obowiązku wypowiedzenia wojny ZSRS z powodu zerwania przez Moskwę paktu o nieagresji. Według opinii strony polskiej protokół z 25 sierpnia obej-mował również agresję Związku Sowieckiego na Polskę70.

Postawa rządu brytyjskiego, która może być uznana za zdradziecką wobec Polski, znalazła odzwierciedlenie w wypowiedziach Churchilla (1 października) i Halifaxa. Pierwszy uspra-wiedliwiał agresję sowiecką jako konieczne zapewnienie bezpieczeństwa Rosji w związku z niemieckim zagrożeniem. Według Churchilla, podobnego zdania był Chamberlain71. Nato-miast Halifax mówił o dojściu wojsk sowieckich do granicy, zaproponowanej już w czasie konferencji wersalskiej przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Curzona, co oczywiście nie było ścisłe.

Taką postawę Anglików i Francuzów ułatwiał fakt internowania polskich władz państwo-wych po przekroczeniu granicy rumuńskiej oraz pewne zabiegi ze strony francuskiego rządu w opóźnieniu powołania nowego prezydenta RP przez brak ich zgody na kolejnych kandyda-tów, wysuwanych przez internowanego prezydenta Mościckiego. Również brak jasnej dekla-racji rządu polskiego o stanie wojny ze Związkiem Sowieckim ułatwiał aliantom zachodnim niezajmowanie zdecydowanej postawy antysowieckiej, a zbyt szybka rejterada rządu i Na-czelnego Wodza poza granice RP zadanie to ułatwiła.

Internowanie polskich władz państwowych w Rumunii było w jakimś stopniu korzystne dla sojuszników zachodnich. Nie musieli się tłumaczyć z niezrealizowanych umów i sojuszów przed ludźmi, z którymi te akty prawne podpisywali. Nowi sternicy polskiej nawy państwowej zdani na łaskę i niełaskę sojuszników zachodnich, więcej miejsca i czasu poświęcali dalszemu prowadzeniu wojny z Niemcami niż przyczynom klęski wrześniowej, do której (oprócz III Rzeszy i ZSRS) rękę przyłożyli i alianci.

Agresja sowiecka na Polskę wywołała w Rumunii duże zaniepokojenie. Obawiano się próby wejścia wojsk sowieckich na terytorium Rumunii pod pozorem pościgu za oddziałami polskimi. Wzmocniono osłonę granicy rumuńsko-sowieckiej oraz oddziały garnizonów nadgranicznych między innymi 8 Dywizję Piechoty w Czerniowcach. Nad granicę rumuńsko-polską skierowano dodatkowo dywizję kawalerii. Według meldunków sowieckich rumuńska straż graniczna zacho-wywała się prowokacyjnie, ostrzeliwując północny brzeg rzeki Dniestr72.

Zwolnienie Rumunii przez rząd RP z zobowiązań sojuszniczych i "nieszczęsne" orędzie prezydenta Mościckiego nadane z Czerniowiec wpłynęło (stąd między innymi zarzut Niemców, że Rumunia gwałci zasadę neutralności) na przymusowe zatrzymanie władz polskich na terytorium państwa rumuńskiego. Granicę rumuńską zdążyło przekroczyć także około 25 000 żołnierzy polskich. Niewielka ich liczba zdążyła przedostać się na Zachód, unikając internowania. Pozostali, pomimo iż internowani, uciekali mniejszymi lub większymi grupami z obozów, szczególnie w pierwszych dniach i tygodniach, gdy nie byli zbyt rygorystycznie pilnowani, a władze rumuńskie podchodziły dość obojętnie do tych ucieczek, pomimo nacisków niemieckich przedstawicieli dyplomatycznych.

Węgrzy, którzy formalnie nie proklamowali neutralności w toczącej się wojnie, faktycznie kierowali się deklarowaną uprzednio poufnie zasadą "życzliwej neutralności" wobec wojujących stron, która jednak w odczuciu społeczeństwa węgierskiego bardziej dotyczyła Polski niż III Rzeszy. Świadczy o tym fakt, że z ponad 50 000 żołnierzy polskich, którzy we wrześniu 1939 r. zdążyli przekroczyć granicę węgierską, bardzo wielu, bez większych problemów, przedostało się do Francji.

Litwa, która wraz z wybuchem wojny polsko-niemieckiej przyjęła zasadę ścisłej neutralności, po agresji sowieckiej na Polskę zarządziła mobilizację i wzmocniła ochronę granicy polskiej. Jednak rząd litewski zapewnił polskiego posła w Kownie, Franciszka Charwata, że Litwini z wytworzonej sytuacji nie skorzystają i nie przedsięwezmą żadnej akcji militarnej w celu odzyskania Wilna, pozostawiając tę sprawę do pokojowego rozstrzygnięcia73. Po rozmowach dyplomatycznych posła Charwata z władzami litewskimi, te ostatnie zdecydowały przyjąć na swoje terytorium polskich żołnierzy i uchodźców cywilnych. Większe oddziały polskie zaczęły przekraczać granicę litewską od 19 września. W sumie na terytorium Litwy znalazło się około 14 000 żołnierzy i oficerów polskich. Część z nich przedostała się do Francji bądź Anglii, część wróciła na terytorium Polski, pozostali znaleźli się w obozach internowania i w 1940 r. (szczególnie oficerowie) dostali się w ręce sowieckie.

Łotwa również proklamowała neutralność w rozpoczynającej się wojnie, przy czym początkowo nie skąpiono tam słów sympatii dla napadniętej Polski. Jednak z każdym dniem wojny sympatia władz łotewskich malała. Agresja sowiecka na Polskę wywołała ogromne zdenerwowanie władz

w Rydze, które sądziły, że dni wolnej Łotwy są policzone, pomimo zapewnień Moskwy o szanowaniu ich neutralności. Po 17 września granicę z Łotwą przekroczyło około 1600 polskich żołnierzy i kilkadziesiąt szkolnych samolotów 5 pułku lotniczego z Lidy. Wszyscy zostali internowani

w obozach, skąd jednak zdarzały się liczne ucieczki na Zachód. Przez ten kraj biegł też korytarz przerzutowy polskich żołnierzy z Litwy. Wkrótce po wyjeździe rządu polskiego do Rumunii rząd łotewski zerwał stosunki z Polską, [...] ponieważ państwo polskie przestało istnieć74.

* * *

Agresja Związku Sowieckiego na II Rzeczpospolitą przerwała polskie poczynania obronne nad Dniestrem i Stryjem. Uderzenie 6 i 12 armii zagroziło także realizacji dyrektywy Naczelnego Wodza o ewakuacji oddziałów Wojska Polskiego do Rumunii i na Węgry i w znacznym stopniu ją przekreśliło. Ewakuacja powiodła się tylko tym oddziałom, które znajdowały się w pobliżu granicy lub dysponowały transportem samochodowym. 17 września ewakuacja była możliwa przez Małopolskę Wschodnią, od zachodu ograniczoną obleganym Lwowem, a od wschodu linią osiągniętą przez Armię Czerwoną. Następnego dnia wolne przejście na południe zostało znacznie zawężone, a 19 września praktycznie było już niemożliwe do przebycia, ponieważ czołówki pancerne 6 armii osiągnęły wschodni skraj Lwowa. Następnego dnia na południe od Lwowa doszło do spotkania nad rzeką Stryj jednostek 12 armii z niemiecką 5 DPanc. i 57 DP oraz do utworzenia drugiej linii, odcinającej siły polskie od Rumunii i Węgier. Tylko jednostki polskie znajdujące się na południe od tej linii miały jeszcze szanse przebicia, bowiem 13 Korpus Strzelecki parł

w kierunku Przełęczy Użockiej, chcąc jak najszybciej zamknąć drogę żołnierzom polskim.

Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego i rząd polski mieli możliwość przebywania na terytorium RP jeszcze przez 2-3 dni po 17 września, by, kierując walką i wydając z terytorium Polski odpowiednie oświadczenia i akty prawne, wzmocnić siłę potencjalnego oporu (politycznego i militarnego) wobec dwóch agresorów, podnosić do końca na duchu walczące jednostki

i społeczeństwo polskie, wreszcie pełniej ukazać światu oblicze obydwu napastników.

Z szansy tej nie skorzystano.

64 J. Beck, Komentarze do historii dyplomatycznej wojny 1939 roku, "Zeszyty Historyczne" 1971, nr 20, s. 105.

65 Cyt. za: J. Łojek, op. cit., s. 70.

66 Cyt. za E. Duraczyński, Polska w polityce Moskwy latem 1939, w: 17 września 1939..., s. 49.

67 Ibidem.

68 Ibidem.

69 M. Zgórniak, Dyskusja, w: 17 września 1939..., s. 225-226.

70 M. Nurek, Dyplomacja brytyjska wobec militarnej i politycznej agresji ZSRR (wrzesień-październik 1939), w:

17 września 1939..., s. 168.

71 W. Churchill, op. cit., t. 1, ks. 2, s. 56-57.

72 PIA N.Y., Archiwum Weinsteina, t. XVII, sprawozdanie ppłk. dypl. M. Zimnala z 16 kwietnia 1949 r.; RGWA, 35077-1-55, k. 20, komunikat rozpoznawczy nr 10 sztabu Frontu Ukraińskiego z 26 września 1939 r.

73 PSZ..., t. 1, cz. 4, s. 52. Wilno zostało przekazane Litwie przez Stalina 10 października 1939 r. na mocy układu so-wiecko-litewskiego. Strona polska oprotestowała zajęcie Wilna przez Litwinów, na co Litwa nie uznała rządu polskiego we Francji.

74 P. Łossowski, Stosunki polsko-łotewskie w latach 1919-1939, w: Przyjaźnie i antagonizmy..., s. 130.

V. PIERWSZY IMPET UDERZENIA

(17-19 WRZEŚNIA)

1. Strażnice w ogniu

Jest rzeczą charakterystyczną, że pododdziały Korpusu Ochrony Pogranicza, związane bezpośrednio z ochroną granicy, pomimo zauważonych oznak wzmożonego ruchu po drugiej stronie linii granicznej i składania o tym meldunków swoim przełożonym, nie uczyniły nic lub prawie nic, aby wzmocnić gotowość bojową i przygotować się na ewentualny atak strony przeciwnej albo przynajmniej nie dać się zaskoczyć. W zachowanych (szczątkowych) meldunkach strażnic i dowódców kompanii granicznych oraz relacjach, oprócz wzmianek z obserwacji przedpola granicznego, brakuje jakichkolwiek przedsięwzięć podejmowanych na wypadek zagrożenia ataku potencjalnego nieprzyjaciela (poza nielicznymi wyjątkami). Również meldunki sowieckie sprzed 17 września informują, że [...] polskie jednostki ochrony pogranicza w rejonie swoich strażnic do obrony się nie szykują, życie przebiega normalnie1.

Winę za ten stan rzeczy ponoszą dowództwa baonów i pułków KOP oraz dowódca Korpusu Ochrony Pogranicza, gen. bryg. Wilhelm Orlik-Rückemann.

Tymczasem po drugiej stronie granicy rozkazy sowieckich dowódców wydane przed

17 września wyraźnie stwierdzały, że pierwszym zadaniem bojowym atakujących wojsk jest rozbicie polskich strażnic. W tym celu na podstawie oddzielnych szczegółowych rozkazów utworzono specjalne pododdziały do opanowania strażnic, które miały działać z zaskoczenia i z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym wobec uderzenia głównych sił Armii Czerwonej. Z reguły były to kombinowane pododdziały Armii Czerwonej wzmocnione sowieckimi pogranicznikami, a na odcinkach, gdzie armijne Grupy Uderzeniowe nie nacierały, zadanie opanowania polskich strażnic powierzono kombinowanym pododdziałom sowieckich pograniczników. W celu koordynacji działań Wojska Ochrony Pogranicza NKWD podporządkowano na pierwsze dwa dni działań wojennych poszczególnym dowódcom armii, którzy postawili im zadania bojowe2.

Zanim świt rozjaśnił dzień 17 września 1939 r., większość strażnic KOP-u, strzegących ponad 1400-kilometrowego odcinka granicy polsko-sowieckiej, została zaatakowana przez przeważające siły sowieckie.

Oto fragment jednego z nielicznych dzienników z tamtych wydarzeń, lejtnanta A. J. Matwiejewa, dowódcy plutonu moździerzy 261 pułku strzeleckiego 16 KS (pułk przesuwał się

w drugim rzucie).

16 września [1939 r.] wcześnie rano wyruszyliśmy ku granicy, po marszrucie: Ratomka-Zasławl. O [godz.] 22.20 przybyliśmy nad granicę i rozlokowaliśmy się na nocleg w lesie, na północ od wsi Szawle, cztery kilometry od granicy [...]

17 września. Godzina 1-sza. Mój słodki sen jako pierwszy naruszył swoją obecnością tow. Szamietkin (dowódca plutonu łączności), który w ogromnym pośpiechu powiadomił mnie

o alarmie. Alarm! Cały pluton wstał, szybko się ubieramy, uzbrajamy, zaprzęgowi zaprzęgają konie. Wszystko gotowe. Oczekujemy rozkazu. Otrzymujemy rozkaz bojowy dowódcy BSOW [...], mówiący o naszych zadaniach i celach w danym momencie. Na koniec wszyscy doczekaliśmy się pożądanego rozkazu. Niespotykane ożywienie wśród całego stanu osobowego. Szybciej przecierają karabiny i moździerze, przygotowują do strzelania. Ciemno - nie widać na metr, po wojskowemu to niestraszne. Przesuwamy się do przodu, ku granicy. Wydano rozkaz do śniadania. Nagle daleko, z lewej słychać strzelaninę z karabinów i artylerii. Śniadanie odstawić. Wszyscy naprzód ruszyliśmy ku granicy. Punktualnie o 7 rano postawiłem nogę na zaorany pas ziemi, oznaczający granicę. Jeszcze sekunda - i znalazłem się na terytorium Polski. Po terenie nie rozróżniam, jednak po domach i chłopach widoczne, że nie jestem w przepięknym kraju sowieckim [...] Przemieszczamy się dalej, napotykamy radosne i zapłakane z radości twarze naszych braci - Białorusinów [...] Oporu nie ma. Słyszymy pojedyncze strzały na lewym skrzydle [Żołnierze] od czasu do czasu biorą jeńców z granicznych strażnic, poddających się3.

a) w pasie działania wojsk Frontu Białoruskiego

W pasie działania wojsk Frontu Białoruskiego większość strażnic Korpusu Ochrony Pogranicza została zaatakowana około godz. 5.00 czasu moskiewskiego (godz. 3.00 czasu polskiego).

W pasie uderzenia Grupy Połockiej 3 armii komkora Kuźniecowa znajdował się pułk KOP "Głębokie" ppłk. Jana Świątkowskiego wraz ze znajdującą się na zapleczu i podporządkowaną mu Dziśnieńską Półbrygadą Obrony Narodowej płk. dypl. Edwarda Perkowicza składającą się z dwóch słabych batalionów: "Postawy" kpt. Józefa Cadera, i "Brasław" kpt. Eugeniusza Tokarskiego.

Dwubaonowy (baony: "Łużki" i "Podświle") pułk KOP "Głębokie" strzegł granicy na długości 164,450 km. Na prawie 87-kilometrowym odcinku, chronionym przez baon "Łużki" mjr. Franciszka Benrota, organiczne jednostki Armii Czerwonej nie wykonywały głównego uderzenia. Strażnice tego baonu miał opanować swoimi siłami 12 (Bigosowski) Oddział WOP NKWD płk. Busarowa oraz 22 Samodzielna Wietrińska Komendantura mjr. Smietanina tych wojsk. W ostatniej chwili 12 Oddział WOP NKWD został wzmocniony pociągiem pancernym, który miał osłaniać uderzenie grupy na Leonpol (sztab 3 kompanii granicznej por. Witolda Połońskiego i strażnica) oraz 2-3 kompaniami z załogi Rejonu Umocnionego. Wobec przesadnej oceny stanu załóg polskich strażnic i pododdziałów kompanijnych4 do ataku przeznaczono siły, które teoretycznie miały zapewnić 3-4-krotną przewagę atakujących oraz element zaskoczenia. Przy czym zakładano, że walka o każdą strażnicę może się toczyć do dwóch godzin.

3 kompania graniczna por. Witolda Połońskiego ochraniająca granicę od styku z granicą Łotwy siłami trzech strażnic została zaatakowana prawie jednocześnie przez trzy kombinowane oddziały 12 Oddziału WOP NKWD.

Strażnicę "Czuryłowo" znajdującą się na styku granicy polsko-łotewsko-sowieckiej zaatakował oddział pod dowództwem kpt. Biedrinowa w składzie trzech plutonów strzeleckich, plutonu karabinów maszynowych i grupy kawalerii (50 ludzi). Po uprzednim zniszczeniu linii telefonicznej łączącej strażnicę z sąsiednimi placówkami i macierzystą kompanią, zlikwidowaniu wartownika, oddział obrzucił granatami i ostrzelał budynek strażnicy. Strażnica stanęła w ogniu. W czasie walki pięciu żołnierzy KOP poległo, siedmiu wzięto do niewoli5. Czy udało się komuś uciec - nie wiadomo. Natomiast przebieg działań wskazuje na całkowite zaskoczenie załogi strażnicy, która nie spodziewała się ataku, pełniąc służbę według zasad czasu pokoju.

Strażnicę i sztab 3 kompanii w Leonpolu zaatakował oddział w składzie około trzech kompanii strzeleckich pod dowództwem kpt. Faworskiego, wspieranych przez pociąg pancerny nr 166. Zaskoczenie nie powiodło się. Strażnica położona około 200 metrów od Dźwiny odpowiedziała ogniem. Doszło do krótkiej walki, po której część załogi strażnicy i drużyny gospodarczej kompanii zdołała się wycofać z Leonpola. W trakcie walki zginął dowódca kompanii por. Witold Połoński. Oto jak wspomina tę walkę trzynastoletni wówczas obserwator tych wydarzeń, Julian Białowąs: Napaść nastąpiła 17 września około 4 rano. Nasi KOP-owcy nie dali się zaskoczyć. Przywitali bolszewików ogniem, ale walka była nierówna. Bolszewików były setki, a z naszej strony kilka dwuosobowych patroli oraz słaby odwód kompanii i nieliczna załoga strażnicy [...] Chłopcy po nierównej walce wycofali się do lasu na południe od Leonpola. Straty po naszej stronie wyniosły 3 zabitych. Zginął ranny w obie nogi erkaemista, który zacisnąwszy je paskiem od spodni, bronił się do wyczerpania amunicji. Młody porucznik [por. W. Połoński - C.G.] tylko w koszuli biegł z kwatery prywatnej do budynku kompanii. Prawie u celu został osaczony przez napastników. Zabił trzech, ale sam został zakłuty bagnetami. Bolszewicy twierdzili, że zabił ich komandira. Zginął też krawiec kompanijny. W czasie strzelaniny przed budynkiem wyskoczył przez okno wprost pod lufę czerwonoarmisty7. W Leonpolu NKWD niezwłocznie przystąpiło do aresztowań. Zatrzymano trzech policjantów, którzy nie zdążyli się wycofać z wojskiem: st. sierż. Dutschmala z Poznania oraz sierżantów Melkę i Boleńskiego. Przetransportowano ich na drugą stronę rzeki. Uwięziono również właścicielkę majątku Leonpol panią Łopacińską oraz byłego oficera armii carskiej Byczyńskiego.

Do opanowania strażnicy "Słoboda" sformowano grupę ze składu załogi 12 strażnicy sowieckiej (pluton?), 3 rezerwowej strażnicy kawaleryjskiej i 2 ciężkich karabinów maszynowych. Po zniszczeniu strażnicy oddział miał powrócić na swoje terytorium. Oddziałem dowodził kpt. Kleszczinow. Walka o opanowanie tej strażnicy musiała być zacięta lub też dano się zaskoczyć, bowiem zginęło 16 osób, a do niewoli dostało się 7. Straty sowieckie: 9 ludzi utonęło, 4 rannych, w tym jeden oficer ciężko, co świadczy raczej o prowadzonej walce8.

Z 1 kompanii granicznej "Małaszki" por. Adama Domalewskiego zaatakowano tylko dwie strażnice: "Oleszczenicę" i "Dzisnę". Sam sztab kompanii "Małaszki" i strażnicę "Hrychorowicze" postanowiono nie atakować ze względu na brak odpowiedniej przeprawy przez Dzisnę na tych kierunkach, co automatycznie wykluczałoby element zaskoczenia.

Do opanowania strażnicy "Oleszczenica" sformowano oddział odpowiadający sile co najmniej trzech kompanii strzeleckich pod dowództwem st. lejtn. Miroszkina. Zaatakowana z zaskoczenia i obrzucona granatami strażnica stanęła w ogniu. Mimo to podjęła walkę, tracąc 14 poległych i 1 wziętego do niewoli. Straty sowieckie wyniosły 5 rannych9.

Dzisnę miały opanować siły równe trzem kompaniom strzeleckim pod dowództwem st. lejtn. Jermoczenkowa. Zaatakowano od strony południowej i wschodniej przez rzekę. Zaskoczenie się nie udało. Do walki z napastnikami włączyli się policjanci i miejscowa młodzież. Duszą samoobrony dziśnieńskiej był nauczyciel jednej ze szkół, por. rez. Zygmunt Giergowicz, którego powołano na komendanta miasta. W trakcie walk raniono dowódcę 1 kompanii por. A. Domalewskiego. Straty polskie według źródeł sowieckich wyniosły 1 poległy, 14 wziętych do niewoli (w tym 6 policjantów). Natomiast straty sowieckie wyniosły 6 rannych, w tym ciężko - st. lejtn. Jermoczenkow10. Pozostali polscy obrońcy wycofali się w kierunku zachodnim.

Dwie strażnice 2 kompanii granicznej "Ćwiecino" zostały zaatakowane przez pododdziały 22 Samodzielnej Wietrińskiej Komendantury Wojsk Ochrony Pogranicza NKWD.

Zorganizowana na bazie pięciu strażnic i pododdziałów specjalnych 1 kompania pod dowództwem kpt. Kuchariewa, licząca 154 żołnierzy (w tym 14 oficerów), zaatakowała strażnicę "Czerepy" liczącą 11 żołnierzy KOP. Pomimo iż sowieccy pogranicznicy podczołgali się blisko strażnicy, zaskoczenie częściowo się nie powiodło. Ostrzegły psy. Wartownik zdążył strzałem poderwać ze snu załogę strażnicy, po czym sam został zabity. Rozpoczęła się walka trwająca około 10 minut. Strona sowiecka zanotowała 1 zabitego i 3 rannych żołnierzy. Polacy stracili 4 poległych, 3 rannych i 4 wziętych do niewoli11.

Strażnicę "Kopciowo" zaatakowała kombinowana 2 kompania pod dowództwem kpt. Zorina, licząca 90 żołnierzy (w tym 11 oficerów). Atakujący pogubili się nieco w terenie i nie dokonali pełnego okrążenia strażnicy, zostawiając otwartą drogę na zachód, z czego skwapliwie skorzystali żołnierze KOP. Po krótkiej, trwającej około 5 minut walce, żołnierze wycofali się ze strażnicy, osłaniani przez kaprala, który ostrzeliwał się do końca, tracąc życie. Sowieci stracili 1 poległego i 2 rannych żołnierzy. Z polskiej załogi strażnicy zginął tylko kapral12 [dowódca lub zastępca dowódcy strażnicy - C.G.].

Po opanowaniu strażnic 2 kompania ubezpieczana przez 1 kompanię podeszła pod Ćwiecino w celu opanowania tej miejscowości ze sztabem kompanii KOP. O godz. 12.40 wysłano meldunek, że w Ćwiecinie nie było polskich żołnierzy.

3 strażnica 2 kompanii granicznej "Siergiejczyki", licząca 10 ludzi, dowodzona przez kpr. sł. stałej Janiszewskiego została zaatakowana przez pododdziały ze składu 5 Dywizji Strzeleckiej i 25 BPanc. Relacjonuje zastępca dowódcy strażnicy, kpr. Józef Tylkowski:

17 września o godz. 1.30 w nocy wysłałem w teren patrol, który miał powrócić około godz. 3.30, lecz nie doczekałem się jego powrotu. Około godz. 3.45 obudził mnie dzwonek telefonu, zgłosiła się sąsiednia strażnica ["Kopciowo" lub "Parczewszczyzna" - C.G.]. Cytuję słowa, jakie zapamiętałem do tej pory: "Dajcie nam pomoc, bo jesteśmy zaatakowani przez bolszewików!" - "Już idziemy" odpowiedziałem, ale nie wiem, czy usłyszeli, bo łączność się urwała.

Obudziłem kpr. Janiszewskiego, który zarządził alarm. Spaliliśmy tajne dokumenty, szyfry itp. i wyskoczyliśmy w czwórkę do głównego wyjścia poza teren strażnicy. Zaczynało świtać, ale widoczność jeszcze była słaba. Zostaliśmy ostrzelani, co widząc pozostała czwórka żołnierzy

udała się do przeciwległego wyjścia. Wszystko to przebiegało błyskawicznie. Strzelaliśmy, będąc pod ogniem napastników. Ze względu na szczupłe siły o zorganizowanym oporze nie mogło być mowy. Znaleźliśmy się prawie w okrążeniu, każdy myślał o sobie. Napastnicy chcieli nas wziąć żywcem, doszło nawet do walki wręcz, gdyż chcieliśmy za wszelką cenę się wyrwać, nikt z nas nie chciał iść do niewoli. W końcu czterech z naszej strażnicy zdołało się przebić - kpr. Janiszewski, ja lekko ranny bagnetem w prawą pierś i dwóch żołnierzy. Co się stało z resztą strażnicy - nie wiem13.

Czwórka żołnierzy ze strażnicy "Siergiejczyki" przez cztery dni próbowała wyrwać się

z matni. Po wielu bezskutecznych próbach, idąc w ogólnym kierunku na Wilno, 20 września została zagarnięta przez pododdział sowiecki. Kaprala Janiszewskiego wzięto na przesłuchanie. Już do kolegów nie dołączył. Kpr. Tylkowski uciekł z transportu i po trzech miesiącach tułaczki, na święta Bożego Narodzenia 1939 r., trafił wreszcie do domu.

A oto co na temat walk swego baonu pisał mjr F. Benrot: W dniu 17 IX 39 około godz. 4-ej oddziały sowieckie przekroczyły granicę i napadły na strażnice baonu KOP "Łużki". Wszystkie strażnice stawiały opór. W wyniku tych starć 1 kompania "Małaszki" i 2 kompania "Ćwiecino" miały około 30% zabitych i rannych, 20% dostało się do niewoli sowieckiej, a około 50% wycofało się w kierunku na zachód i dołączyło do odwodu baonu.

Dowódca 1-ej kompanii por. Domalewski Adam i jeden oficer młodszy tej kompanii [ppor. rez. Zygmunt Giergowicz - obaj zginęli w Katyniu - C.G.] dostali się do niewoli sowieckiej. Największe straty poniosła 3-a kompania "Leonpol". Zginął dowódca kompanii por. Połoński Witold (pochowany w Leonpolu) i wszyscy trzej dowódcy strażnic. Kompania ta miała około 50% zabitych i rannych, reszta dostała się do niewoli sowieckiej.

Na rozkaz dowódcy pułku resztki 1-ej i 2-ej kompanii oraz odwód batalionu wycofały się przez Masarz, Koziany-Widze do Turmont, gdzie w dniu 20 IX 39 przekroczyły granicę łotewską14.

1 RGWA, 35086-1-555a, k. 398, ocena sytuacji przed frontem 10 armii.

2 RGWA, 35086-1-486, k. 2, dziennik działań bojowych Sztabu Frontu Białoruskiego ...; 35086-1-51, k. 51-52, rozkaz bojowy (nr 1/OP z 15 września 1939 r. godz. 21.00) dowódcy 3 armii do działań przeciwko Polsce.

3 "Istocznik" 1993, nr 3, s. 29-30.

4 RGWA 35074-1-20, k. 7. Oceniano siły polskie następująco: Czuryłowo, Słoboda, Oleszczenica, Hrychorowicze - po 25 żołnierzy, Leonpol - 60, Małaszki - 60, Dzisna - 60 żołnierzy.

5 RGWA, 35086-1-52, k. 3-7; 35074-1-20, k. 6-14, źródło sowieckie podaje, że do niewoli wzięto 7 ludzi, przy czym nie precyzuje, co to byli za ludzie (straty własne - 1 utonął) - RGWA, 35074-1-20, k. 18.

6 RGWA, 35074-1-20, k. 6-14.

7 Relacja - w posiadaniu autora. Straty Polaków potwierdza źródło sowieckie - RGWA, 35074-1-20, k. 18, oceniając straty własne na 3 ludzi, w tym 2 utonęło. Natomiast do niewoli wzięto 59 osób, wśród których zapewne są policjanci

i ludność cywilna.

8 RGWA, 35074-1-20, k. 6-14, k. 18.

9 Ibidem.

10 Ibidem.

11 RGWA, 35086-1-521, k. 8-34, sprawozdanie z działań bojowych 22 SWK WOP NKWD; 35086-1-18, k. 33.

12 RGWA, 35086-1-1521, k. 8-34.

13 Relacja - w posiadaniu autora; RGWA, 35086-1-549, k. 4, opis działań bojowych 25 BPanc.

14 Cyt. za: R. Szawłowski, Wojna polsko-sowiecka 1939, t. 2, Warszawa 1995, s. 31.

Do 12 września 1939 r. dowódcą Obszaru Warownego Grodno był płk dyplomowany Bohdan Hulewicz, który poczynił pewne przygotowania do obrony miasta, spodziewając się zagrożenia ze strony wojsk niemieckich. Nie mając do obrony przeciw czołgom żadnych działek przeciwpancernych, polecił zarekwirować zapasy butelek z miejscowej rozlewni wódki i napełnić je mieszanką zapalającą, składającą się z benzyny i nafty. W użyciu tej "broni przeciwpancernej" przeszkolono zarówno żołnierzy, jak i oddziały ochotników.

Grodno bardzo ucierpiało na skutek bombardowań lotniczych. Pierwsze nastąpiły 1 września, a ich celem było zniszczenie mostów na Niemnie. Nie były one jednak celne, mimo to spłonęła składnica uzbrojenia oraz magazyny usytuowane pod Karolinem. Zniszczeniu uległo około 50% sprzętu wojskowego i amunicji. Podczas następnych bombardowań wybuchła prochownia, wiele budynków zostało zniszczonych. Byli zabici i ranni.

17 września w Grodnie rozległy się pierwsze strzały. Jedna z ówczesnych uczennic wspomina: Po południu poszłyśmy z ciocią, żeby coś... kupić. Aż tu na ulicy Brygidzkiej zaczęto strzelać. Patrzymy, na balkonach Żydzi z czerwonymi opaskami strzelają po ulicy do ludzi. Wbiegłyśmy do kościoła Nazaretanek. Tam czekałyśmy, aż się trochę uspokoi. Koło domu ktoś powiedział, że Związek Sowiecki przekroczył nasze granice12.

Dywersję szybko stłumiono, ale nie na długo.

18 września około południa do Grodna wrócił też gen. Olszyna-Wilczyński, który przebywał u gen. Franciszka Kleeberga w Pińsku. Nie zabawił w Grodnie długo, ponieważ już po kilku godzinach ze ścisłym sztabem i małżonką wyjechał w kierunku granicy litewskiej, zatrzymując się obok miejscowości Sopoćkinie. Podczas około trzygodzinnego pobytu w Grodnie dowódca OK III wydał pewne rozkazy dotyczące obrony miasta, nie wierząc w zbyt długą jego obronę. Niektórym pododdziałom polecił wycofać się w kierunku Sopoćkiń i Kalet, aby osłaniały wycofujące się po walce oddziały z Grodna w kierunku granicy litewskiej. W rejonie Sopoćkiń znalazł się też Sztab DOK III z płk. dypl. Benedyktem Chłusewiczem - szefem Sztabu. Niestety, gen. Wilczyński nie pozostawił w Grodnie odpowiedniego oficera na stanowisku dowódcy obrony miasta i sam nie wziął również tej odpowiedzialności.

Grodno opuścił też starosta Walicki i prezydent miasta Cieński. Ten "ruch odwrotowy" uaktywnił w mieście sympatyków Armii Czerwonej. Rozległy się strzały. Jeden z ochotników, Sławomir Werakso, służący w batalionie mjr. Serafina, wspomina: Nasz pluton był wysłany z zadaniem oczyszczenia Placu Batorego, gdzie usadowili się miejscowi komuniści i zablokowali posuwanie się w śródmieściu - przelotowe linie na szosy: Białystok, Skidel, Wilno i Lidę. Plutonowy Kucharski [dowódca plutonu - C.G.], widząc, że frontowe uderzenie na siedzących w rowach przeciwlotniczych wykopanych na Placu Batorego komunistów będzie kosztowne w ludziach, kazał dać dwa erkaemy na dzwonnice kościołów - fary i garnizonowego - stojące po obu stronach placu i, po odpowiednim przykryciu ogniem kaemów, wybicie czerwonych granatami kosztowało nas tylko dwóch rannych13.

Dowódcą Obszaru Warownego Grodno po płk. Hulewiczu został będący w stanie spoczynku płk Bronisław Adamowicz, który - nastawiony na ewakuację - nie przejawiał chęci obrony miasta. Po nim obroną Grodna dowodził płk Siedlecki, który 21 września przekazał dowództwo przybyłemu właśnie dowódcy Zgrupowania "Wołkowysk", generałowi Przeździeckiemu. Zarówno jeden, jak i drugi, nie bardzo wierzyli w możliwości obrony Grodna posiadanymi siłami i środkami, ale też nie byli w defetystycznych nastrojach.

Zarówno płk Adamowicz, jak i płk Siedlecki, nie mieli cech "rasowego" dowódcy, zdolnego kierować walką w tak specyficznych warunkach. Nie potrafili (czy też nie zdążyli?) zorganizować z luźnych pododdziałów żołnierzy różnych rodzajów służb i broni oraz ochotników sprężyście dowodzonych batalionów, co znacznie ułatwiłoby dowodzenie w walce i mogłoby przynieść zdecydowanie lepsze efekty bojowe.

Dwóch ludzi stanowiło mózg i duszę obrony miasta. Jednym z nich był wiceprezydent Grodna Roman Sawicki, a drugim - komendant miejscowej Rejonowej Komendy Uzupełnień i jednocześnie dowódca 31 batalionu, mjr Benedykt Serafin. Obaj mieli silne poparcie patriotycznie nastawionej ludności polskiej w Grodnie. Rozbudowali obronę poprzez kopanie rowów i wznoszenie zapór przeciwczołgowych, a także organizowali szkolenie ochotników i służb pomocniczych.

Słaba obrona Grodna była rozmieszczona w zasadzie w obrębie zabudowań podmiejskich i miejskich. Do celów obronnych wykorzystano naturalne przeszkody, jak rzeka Niemen, murowane solidne budynki (na przykład koszar), różnego rodzaju sztuczne i naturalne wzniesienia czy nawet cmentarze. Na organizację obrony na przedpolach Grodna nie starczało sił, nawet żeby wystawić tam silniejsze placówki.

Według ustaleń Mieczysława Bielskiego14 linie obronne Grodna przed starciem z wojskami sowieckimi wyglądały następująco: od strony Skidla i Jezior linię dozorowania na dalekim przedpolu zajmowały pododdziały kawalerii rtm. Wiszowatego. Pas wzgórz ciągnących się od przystanku kolejowego Kaplica poprzez wschodni skraj lasku Sekret aż do majątku Rubanówek obsadziły pododdziały rezerwowe 77, 85 i 86 pp z Ośrodka Zapasowego 19 DP pod ogólnym dowództwem ppłk. Izydora Blumskiego. W odwodzie, na południowym skraju lasku Sekret, ppłk Blumski umieścił kompanię piechoty i kompanię policji państwowej. Zadanie zamknięcia szosy na Jeziory powierzono placówce oficerskiej w sile plutonu. Obronę linii Niemna w rejonie Zamku Królewskiego, Zespołu Szkół Zawodowych oraz koszar 81 pp wraz

z mostem drogowym objęli żołnierze z batalionów mjr. Serafina i kpt. Korzona. Koszar baonu pancernego bronili junacy z Dywizyjnego Kursu Szkoły Podchorążych Rezerwy z OZ 19 DP; rejonu Placu Skidelskiego i ul. Jerozolimskiej - policja państwowa; gmachów PKO i DOK III - kompania kpt. Grzywacza; mostu kolejowego - oddział wartowniczy por. Tadzika z 5 pułku lotniczego, a wiaduktu kolejowego nad Szosą Skidelską - pluton por. Władysława Ejsmonta z kompanii kpt. Grzywacza (OZ 19 DP). W pobliżu dworu Poniemuń okopały się pododdziały sformowane z nadwyżek 76 pp, a na odcinku Myśliwska Górka-Rubanówek - pododdział ppor. Iglewskiego. Odcinki dróg Hoża-Grodno i Grodno-Sopoćkinie ubezpieczał batalion KOP "Sejny" ppłk. Michała Osmoli.

Zapał do obrony był powszechny. Oto jak wspomina ostatnie godziny przed walką jedna

z nauczycielek miejscowych szkół, Grażyna Lipińska: Wieczorem Sawicki nakazuje zapalenie latarń ulicznych. Od 18 dni zaciemnienia pierwszy raz miasto jest nocą oświetlone, wywołuje to nastrój świąteczny. Mieszkańcy ostentacyjnie zrzucają zasłony z okien. Nasza szkoła i internat znajdują się koło koszar 81 pułku, a koszary stoją na przyczółku mostu na Niemnie. W koszarach pełno przygodnych żołnierzy, którzy wybrali walkę nad powrót do domów. Są podoficerowie, są oficerowie. Są i cywile, którzy dopiero dziś przywdziali mundury. Jakiś major dowodzi wszystkimi tam zebranymi. Jest zaopatrzenie, są karabiny ręczne i maszynowe, przed koszarami stoi działko przeciwlotnicze, w podwórzu kuchnia polowa, przy której szkolny woźny, który włożył mundur wojskowy i śpiewa bez przerwy piosenki wojskowe, żartuje, dowcipkuje. Jest humor, porządek, dyscyplina i zapał.

Sąsiedni budynek szkolny, internat, kościółek, podwórze i ogród również fortyfikują się. Żołnierze na rozkaz młodego podchorążego taszczą na dziedziniec szkolny cekaemy, pełne skrzynki nabojów, karabiny i wiele innego sprzętu. Chłopcy ze Szkoły Ogrodniczej przywdziewają mundury, zbroją się w karabiny, robią nasypy, rowy strzeleckie. Komenderuje nimi podchorąży. My - liczne kobiety - biegamy za prowiantem, przygotowujemy lekarstwa, bandaże, nosze i butelki z benzyną - tę improwizowaną broń przeciwczołgową15.

O pewnej improwizacji obrony, a szczególnie tworzeniu nowych, mieszanych pododdziałów, wspomina również ochotnik z Landwarowa koło Wilna, Mieczysław Wołodźko, który wraz ze swoim kolegą Michałem Stankiewiczem przybył z grupą wojska 19 września do Grodna: Po wyładowaniu się z wagonów pomaszerowaliśmy do koszar, gdzie jakiś nieznany mi oficer zarządził zbiórkę z wystąpieniem oficerów i podoficerów. Ponieważ byłem ubrany w mundur pocztowca i miałem małą maturę oraz przeszkolenie w PW, oficer polecił mi również wystąpić i przydzielił mi drużynę składającą się z 18 żołnierzy. Nie bardzo wiedziałem, co z nią zrobić. Zrobiłem listę swojej drużyny i zaczęliśmy się domundurowywać i dozbrajać. Na wyposażenie otrzymaliśmy (oczywiście kto nie był uzbrojony) stare francuskie karabiny typu Lebell16.

Należy zaznaczyć, że do karabinów tego typu było niewiele amunicji (zaledwie po kilkanaście naboi) wskutek zbombardowania przez Niemców składu amunicji we wsi Czechowszczyzna koło Grodna. Gdy nadarzyła się okazja, wymieniano je na polskie Mauzery po poległych lub dezerterach.

Nad Grodnem wstawał pochmurny, wietrzny i chłodny dzień 20 września. W kręgu oficerów, dowodzących różnymi oddziałami obrony miasta, zdawano sobie sprawę, że tego dnia na przedpolach Grodna mogą pokazać się wojska sowieckie. Wzmocniono czujki i patrole w kierunku wschodnim. Brak szerszego rozeznania co do ruchu wojsk sowieckich spowodował, że jakby zapomniano o kierunku zachodnim. Na moście drogowym nie spięto również łańcuchami przygotowanych tam zapór przeciwczołgowych.

Czołgi batalionu rozpoznawczego 27 BPanc. pod dowództwem mjr. Bogdanowa podeszły pod Grodno około godz. 8.00 z kierunku południowego (lewym brzegiem Niemna). Brak z tej strony obrony polskiej (jedynie na przejeździe kolejowym rozbrojono dwuosobowy posterunek, który nie zdążył powiadomić o podchodzeniu sowieckich czołgów) spowodował, że mjr Bogdanow zdecydował się uderzyć na miasto przez most drogowy bez przeprowadzenia jakiegokolwiek rozpoznania wstępnego.

Mjr Bogdanow polecił plutonowi lejtn. Czernowa (3 czołgi) dotrzeć przez most drogowy do stacji kolejowej i opanować ją, a plutonowi st. lejtn. Jewsjejewa (3 czołgi) rozpoznać północny brzeg Niemna i opanować pocztę i telegraf [znajdującą się przy ul. Orzeszkowej naprzeciwko Ogrodu Miejskiego - C.G.]. Pozostałymi pięcioma czołgami i samochodem pancernym mjr Bogdanow chciał opanować południową część miasta, utrzymać most drogowy przez Niemen i przejazd kolejowy na kierunku południowo-wschodnim17.

Czołgi batalionu rozpoznawczego niezauważone przez polską obronę bez przeszkód wjechały na most drogowy. Na czele posuwał się pluton lejtn. Czernowa, za nim szła grupa sztabu batalionu na samochodzie GAZ-A z radiostacją 5-AK. Po przejściu pierwszych czołgów przez most zostały one ostrzelane silnym ogniem broni ręcznej i maszynowej. Równocześnie otwarto ogień także do czołgów idących z tyłu. Czołgi otworzyły ogień do stanowisk ogniowych, kontynuując marsz ku wytyczonym w rozkazie obiektom. Samochód z radiostacją zapalił się wskutek trafienia w bak z paliwem. Zanim to nastąpiło, mjr Bogdanow o godz. 9.15 zdążył wysłać jeszcze meldunek do dowódcy 27 BPanc. o zajęciu mostu drogowego18. Dalsze wydarzenia wymknęły się w dużej mierze spod kontroli dowódcy batalionu rozpoznawczego. Gęsty ogień z broni maszynowej, stukot strzałów działek przeciwlotniczych i rozbryzgujące ogniem butelki z płynem zapalającym spowodowały pewne zamieszanie w szyku czołgów i zmusiły do działania pojedynczymi maszynami. Część z nich miała w czołgach ludzi, którzy znali doskonale Grodno i prowadzili w kierunku wybranych do opanowania obiektów. Relacjonują polscy obrońcy:

20 września o godzinie 7.00 nasz batalion [31 - C.G.] - wspomina cytowany już Werakso - pobierał kawę na dziedzińcu koszarowym i nagle zaczął huczeć most kołowy - ze środka dziedzińca widać było częściowo, co się dzieje na moście - idą czołgi od Białegostoku na nasz brzeg, widać tylko wieżyczki. Zaczęliśmy liczyć i trudno było ustalić, ile było dokładnie - jedni mówili, że 11, inni - że 8. Przez chwilę zrobiło się zamieszanie i ludzie zgłupieli, widząc czołgi od strony Warszawy, a nie Wilna, lecz już w chwilę potem dowódcy uchwycili kompanie w ręce. Wróciliśmy do koszar - batalion w pogotowiu marszowym - wysłano patrole na zbadanie sytuacji i zorganizowano drużyny do walki z czołgami - zaopatrzono je w wiązki granatów i butelki z benzyną19.

Podobnie wspomina tę chwilę M. Wołodźko:

Wczesnym rankiem 20 września zaczęto wydawać śniadanie oraz chleb i konserwy. Oficerowie zaczęli tworzyć drużyny szturmowe. Nie bardzo wiedziałem, co one będą robić, ale się zgłosiłem. Przydzielono mi nową drużynę, już tę szturmową. Jeszcze nie zdążyłem się zapoznać z nową drużyną, gdy usłyszeliśmy strzały z broni ręcznej i maszynowej. Plac koszar momentalnie wymiotło. Mnie ze strachu nogi odmówiły posłuszeństwa. Po chwili przemogłem się i zacząłem iść powoli w stronę budynku koszarowego. Ta "odwaga" wyrobiła mi mocną markę wśród oficerów i żołnierzy. Jakiś kapitan krzyknął: "Drużyny alarmowe za mną!" Pobiegłem wraz z 30-40-osobową grupą żołnierzy. Wszystko było przemieszane. Dobiegłem do Szkoły Rzemieślniczej, gdzie zostawiliśmy plecaki, a tylko z granatami i karabinami udaliśmy się dalej w kierunku strzelaniny. Przebiegliśmy przez nieduży park i zobaczyliśmy płonący czołg20.

Był to czołg, który wspomina cytowana już nauczycielka Grażyna Lipińska: Dnia 20 września o świcie wjeżdża na most olbrzymi czołg, przerywa bez trudu nasze zapory, za nim drugi, trzeci, czwarty. Czerwone chorągiewki trzepoczą na nich. Na pierwszym czołgu bukiet kwiatów, gdzieś go kwiatami przywitano, ale nie w Grodnie. Żołnierz polski na przyczółku mostowym wali z działka przeciwlotniczego, przepuścił jednak trzy pierwsze czołgi, trafia w czwarty. Drugi i trzeci toczą się dalej. Czołg pierwszy już jest na ulicy Mostowej i strzela prosto w koszary. Celnie rzucona przez żołnierza butelka z benzyną wystarcza. Czołg pali się, jeden z tankistów wyskakuje i płonąc, pada koło dymiącej maszyny. Kiedy ja z Martą Wilmus podchodzimy do niego, jest martwy, oblicze jego niespalone i - o dziwo - zupełnie spokojne, płoną tylko brzuch i wnętrzności. Nakrywamy go zestrzelonymi przez jego działo gałęziami kasztanów21.

Inaczej wspomina tę pierwszą walkę żołnierz i harcerz z oddziału pchor. B. Hlebowicza, Jan Siemiński: Bój o miasto z pancernymi siłami radzieckimi rozpoczął strzelec Sławomir Werakso, rzucając pod nadjeżdżający czołg wiązkę granatów. Nie spowodowało to większej szkody, gdyż atakowany pojazd pojechał dalej w kierunku koszar 81 pp.

Pierwszy czołg spalono za pomocą butelek benzynowych przy ulicy Mostowej, tuż obok koszar wojskowych. Następny trafiony został pociskiem działa przeciwlotniczego, strzelającego pociskami przeciwpancernymi z ulicy Mostowej w kierunku ulicy Lipowej. Na ulicy Lipowej obok budynku Szkoły Powszechnej im. Stefana Żeromskiego ogniem karabinowym uszkodzono także samochód pancerny, który stracił wskutek tego zdolność manewrową22.

W mieście tymczasem trwało polowanie na czołgi. Pozbawione wsparcia piechoty, prawdopodobnie liczyły na uzbrojone grupy miejscowych sympatyków ustroju komunistycznego. Ci jednak albo zostali wcześniej unieszkodliwieni, albo - przerażeni - nie włączali się do akcji. Czołgiści sowieccy - sami jakby przerażeni swym zuchwałym wdarciem się małymi siłami do dużego miasta - otwierali ogień do wszystkiego, co znajdowało się w ich polu widzenia i zasięgu ognia.

Po pierwszym szoku, spowodowanym wtargnięciem sowieckiego oddziału pancernego, do akcji przystąpili żołnierze i ochotnicy spośród ludności cywilnej. Oddajmy znowu głos uczestnikom wydarzeń:

Z porannej mgły wynurzają się kontury pobliskich gmachów na Placu Wolności - wspomina jeden z byłych funkcjonariuszy Urzędu Śledczego w Grodnie. - Wtem ktoś spojrzał w okno i krzyknął: - "Przed nami stoi czołg bolszewicki!"

Widzimy go, jak się ustawił na ulicy Orzeszkowej, róg Pocztowej, na wprost budynku Tyzenhauza, mieszczącego Komendę Policji i Urząd Śledczy. Za chwilę zaczyna gwałtownie ostrzeliwać budynek z działa i karabinów maszynowych, lecz ze starego, solidnego gmachu sypie się trochę tynku, nie powodując większych uszkodzeń.

Tymczasem w pobliżu Teatru Miejskiego odbywa się taka scena: młody kapral przy pomocy osobnika cywilnego ciągną z pobliskich koszar armatkę przeciwlotniczą. Ustawiają ją w alejce w odległości około 400 metrów od czołgu i zaczynają weń prażyć. Trafiają w gąsienicę i unieruchamiają czołg.

Od tego momentu następuje błyskawiczna przemiana sytuacji. Zjawiają się uczniowie gimnazjum (którzy nocowali w Komendzie Policji) i napełniają butelki benzyną, której posiadamy całą beczkę. Pomiędzy drzewami i uliczkami przedostają się w pobliże czołgu i obrzucają go butelkami z benzyną z zapalonym lontem na wierzchu. W jednym momencie czołg jest ogarnięty dymem i płonie jak żagiew. Ciekawe, że nikt z załogi nie starał się opuścić czołgu. Nastąpił wybuch amunicji, zginęli wszyscy i później swąd ich spalonych ciał roztaczał się wokoło. Był to czołg komandira jednostki pancernej wkraczającej do Grodna [st. lejtn. Michaiła Jewsiejewa - C.G.].

Udane zniszczenie pierwszego czołgu stało się podnietą do dalszej akcji, zapotrzebowanie na butelki z benzyną wzrosło. I wkrótce widać wyniki tej akcji. Drugi czołg, unieruchomiony na ulicy Dominikańskiej, wparł się do połowy swego cielska w wystawę sklepową. Załoga opuściła czołg i została wzięta do niewoli. Trzeci, na ulicy Hoovera, również unieruchomiony, załoga także go opuściła. Czwarty na Placu Batorego, piąty na ulicy Mostowej i szósty na ulicy Skidelskiej. Na moście kołowym na Niemnie unieruchomiony wóz radiowy. Młody żołnierz w tym wozie wzięty do niewoli. Rozmawiałem z nim, był śmiertelnie wystraszony, gdyż sądził, że Polacy to taka dzicz, że nie wypuszczą go żywym.

Posuwając się ulicą Dominikańską, czołgi prażyły z karabinów maszynowych w bramy domów.

Wielu ludzi chroniących się w tym czasie w bramach zostało pociętych kulami. Były też ofiary wśród młodzieży atakującej czołgi23.

Opis zniszczenia czołgu na ul. Hoovera przekazał uczestnik tego wydarzenia J. Siemiński: Z ulicy Hoovera czołg radziecki prowadził silny ogień, ryglując ulicę Dominikańską. Wykorzystując moment zmiany magazynku przez obsługę, zaatakowałem czołg dwoma granatami. Po ich wybuchu czołgowy ogień broni maszynowej skierował się w stronę mojego stanowiska ogniowego. Wówczas młody, wysoki podporucznik rzucił na czołg butelkę z benzyną. Z balkonu domu, pod którym stał ten "tank", poprawiono atak "uzbrojoną" karafką. Mimo stalowego pancerza czołg spłonął. Kolejny taki wóz bojowy, ziejący ogniem z działa i karabinu maszynowego po ulicy Orzeszkowej, został spalony w pobliżu gmachu Urzędu Pocztowego24.

O nim to relacjonuje M. Wołodźko:

Dobiegamy do rogu ulicy i widzimy czołg, który strzela z armaty i karabinu maszynowego. Żołnierze cofnęli się, a ja siłą rozpędu przebiegłem ulicę i chciałem się schować w bramie domu. Brama była zamknięta. Z góry sypało się szkło z rozbitych przez pociski karabinowe okien. Gdy na chwilę czołg przestał strzelać, rzuciłem granaty, które wybuchły na czołgu i obok niego. Otworzyła się pokrywa czołgu i wyskoczył z niego żołnierz w hełmofonie. Posypały się zewsząd strzały i on został ranny w twarz. Dobiegliśmy do rannego, który prosił: "Towariszcz, nie ubijaj". Zebrało się kilku żołnierzy, uczniów i robotników. Podchorąży Hlebowicz wyciągnął rannemu dokumenty, zajrzał do nich i krzyczy: "Słuchajcie, ten lejtenant to mieszkaniec Grodna, Żyd, który kilka lat temu uciekł stąd". Jakiś żołnierz w lotniczym mundurze w porywie wściekłości chciał go dobić, ale ja i jeszcze jeden żołnierz nie daliśmy. Wzięliśmy rannego na karabinowe nosze i ponieśliśmy do bramy domu. Tam zobaczyliśmy zabitych dwóch mężczyzn

i jedną kobietę. Prawdopodobnie zginęli od ognia tego czołgu. Zostawiliśmy rannego przy tych zabitych i pobiegliśmy dalej25.

Tymczasem na miejscu tego zdarzenia uwagę pchor. B. Hlebowicza zwrócił ślad gąsienic czołgu, który zupełnie zniekształcił chodnik na rogu ulic Hoovera i Horodniczańskiej. Postanowił iść tym śladem. Oto jego relacja: Widząc ten ślad, zwróciłem się do harcerza ze swojego plutonu Anatola Iwaszczyńskiego: "Tolku, to ślady, które muszą doprowadzić do następnego czołgu. Idziemy". Poszliśmy we dwóch ulicą Horodniczańską. Ślady prowadziły na ulicę Brygidzką. Po wejściu na Szosę Skidelską zauważyłem stojący na wzgórzu czołg. Koło niego kręcili się czołgiści. Przechodząc koło koszar baonu pancernego, zwróciłem się do stojącego, jakby nic się nie działo, wartownika, aby przysłał nam do pomocy żołnierza z ciężkim karabinem maszynowym, po czym skrycie poszliśmy w kierunku stojącego czołgu i zajęliśmy stanowisko, skąd można było go ostrzeliwać. Dołączył do nas por. rez. Piotr Bogucki (weteran wojny z 1920 r.) z resztą ochotników i zaczęliśmy ostrzeliwanie czołgu. Rozpoczął się bezsensowny pod względem efektów bojowych, ale psychicznie ważny, ostrzał czołgu. Widząc nasz anemiczny ogień, sowiecki czołg skierował się ulicą w naszą stronę. I to był ich błąd, gdyż byliśmy dobrze ukryci i wyposażeni w butelki z benzyną. Czekaliśmy, aż się zbliżą. Nadjechali furmanką żołnierze

z koszar baonu pancernego z cekaemem i otworzyli ogień w kierunku czołgu, który stanął. Ogień cekaemu nie robił na nim większego wrażenia. Zauważyłem, że ma otwartą szczelinę obserwacyjną mechanika-kierowcy. Byłem niezłym strzelcem i miałem swój myśliwski sztucer. Po dokładnym wycelowaniu oddałem strzał. Czołg, którego silnik pracował, lekko się zakręcił. Byłem pewny, że trafiłem. Żołnierze i ochotnicy z okrzykiem "hurra" pobiegli w kierunku czołgu, który oddał strzał z armaty. Wszyscy padli na ziemię, a nieznany mi żołnierz w stopniu plutonowego rzucił butelkę z benzyną. Czołg zaczął się palić. Z otwartego włazu wyskoczył jeden z czołgistów, ale położył go strzał plutonowego. Na czołg wskoczył druh Jaworski i w momencie gdy kolejny czołgista wysunął rękę z naganem, Jaworski strzelił z karabinu w głąb czołgu, po czym wyciągnął rannego czołgistę. Kierowca-mechanik siedział martwy z przestrzeloną głową. Rannego czołgistę Jaworski zawiózł furmanką do szpitala Kolejowego, najbliższego tej walki26.

Dalszy przebieg walk wspomina M. Wołodźko:

Na dziedzińcu koszar, do których dobiegliśmy, uczniowie napełniali butelki z benzyną. We dwóch z Mićką Stankiewiczem wzięliśmy do wiadra kilkanaście butelek z benzyną i pobiegliśmy w stronę koszar Niemna, gdzie było słychać strzelaninę. Blisko koszar stał czołg, prowadząc ogień. Jedną gąsienicę miał uszkodzoną i nie mógł ruszyć. Około 30 metrów przed czołgiem były wykopane rowy, do których udało nam się wskoczyć.

W tym czasie nad nami zaczął krążyć rosyjski samolot, popularny "kukuruźnik", ale nie strzelał ani nie rzucał bomb. Popatrzyłem na drugą stronę Niemna i w odległości kilkuset metrów zobaczyłem tyralierę żołnierzy w zielonych mundurach. Nie wiedzieliśmy, czy to nasi, czy Rosjanie. Jakiś podchorąży dopadł łódki na brzegu rzeki i popłynął sprawdzić, co to za żołnierze. Pokonał już połowę rzeki i w pewnym momencie odwrócił się i krzyknął: "Strzelać, to bolszewicy!". Zagrały nasze cekaemy i erkaemy. Tyraliera się załamała i cofnęła, zostawiając wielu rannych i zabitych. W tym czasie do uszkodzonego czołgu skoczył policjant oraz jakiś oficer w stopniu majora. Major skoczył na czołg i swoim karabinem skręcił tamtemu lufę karabinu maszynowego. W tym czasie ja z Mićkiem, mając butelki z benzyną, dolecieliśmy do czołgu

i rzuciliśmy nań dwie butelki. Czołg zaczął się palić. Nam zrobiło się go szkoda, bo to czołg zdobyty, może się nam przydać. Zaczęliśmy gasić płomienie oraz usiłowaliśmy łomami, które były na pancerzu czołgu, otworzyć górny właz. W pewnym momencie klapa odskoczyła, wyjrzał z niego tankista i strzelił z pistoletu, trafiając majora w prawą pierś. Major ranny upadł, a któryś z żołnierzy rzucił przez otwarty właz granat do środka. Załoga czołgu zginęła27.

Według relacji obrońców Grodna cała grupa czołgów została unieszkodliwiona. Źródła sowieckie przyznają, że z tego batalionu unieszkodliwiono cztery czołgi, samochód pancerny

i samochód z radiostacją. Ta walka kosztowała życie wielu mieszkańców miasta i jego obrońców. Poległ między innymi dowódca baterii artylerii przeciwlotniczej ppor. Józef Musiał. Stracono też jedno z dwóch działek przeciwlotniczych, które, walcząc z czołgami, próbowały zastąpić brak broni przeciwpancernej.