Księgarnia internetowa Ravelo – tanie książki i wiele więcej
Księgarnia Ravelo – książki, ebooki, zabawki
Twój koszyk »
jest pusty
+1

Dodano:
sprawdź zawartość koszyka »

sprawdź
koszyk »
kontynuuj
zakupy »
promocja
Antykwariat spełnionych marzeń - Książki
wstaw obrazek na swoją stronę
X <a href="https://www.ravelo.pl/antykwariat-spelnionych-marzen-dorota-gasiorowska,p100571396.html" title="Antykwariat spełnionych marzeń"> <img src="https://www.ravelo.pl/pub/mm/img/220/100571396.jpg" alt="Antykwariat spełnionych marzeń - Książki"> </a>

Antykwariat spełnionych marzeń

Dorota Gąsiorowska

  Między słowami , data wydania 12 kwietnia 2017 , OPRAWA MIĘKKA

ocena: 5 [liczba ocen: 21] Przeczytaj recenzje

Bestseller

Towar dostępny, wysyłka 24h.

?

Koszty, terminy i ograniczenia dostawy

?

Czas oczekiwania na zamówienie

?

Akceptowane formy płatności

?
Cena detaliczna: 34.90 zł

27.92 zł

oszczędzasz 19%

lub przenieś do przechowalni

Polecamy również

Zobacz pełny opis

Pełny opis książki – Dorota Gąsiorowska "Antykwariat spełnionych marzeń"

Opowieść o tym, jak jedna książka uratowała życie wielu osób

Emilia kocha książki. W malutkim antykwariacie na Siennej, otoczona aromatem kawy z kardamonem, czyta niezwykłe opowieści i snuje marzenia o prawdziwym szczęściu. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się tajemniczy Szymon. Pełne uniesień chwile nie dają o sobie zapomnieć. Ale los ma dla Emilii również inne niespodzianki. Ludzie, których od dawna zna i kocha, okazują się skrywać mroczne tajemnice.

Gdy Emilia zaczyna gubić się w ich labiryncie, dostaje od losu cenny dar. Książkę, która przechodząc z rąk do rąk, zmienia życie tych, którzy zajrzeli w jej karty. Czy tajemnicza książka pomoże również Emilii? I co się stanie, kiedy na jaw wyjdą skrywane przez lata sekrety?

Najnowsza powieść Doroty Gąsiorowskiej to pełna tajemnic historia, która otuli cię niczym ciepły koc i przeniesie w zaczarowany świat najskrytszych marzeń.

Porusza. Pozwala marzyć. Daje nadzieję.

Dodatkowe informacje

Wywiad z Dorotą Gąsiorowską

Dość późno zadebiutowała Pani książką Obietnica Łucji, mimo że od dawna pracowała nad kolejnymi historiami. Powieść okazała się jednak sukcesem i od razu podbiła serca czytelników literatury obyczajowej. Co było momentem przełomowym, w którym zdecydowała się Pani jednak wyciągnąć książkę z szuflady? Jakie są wady i zalety późnego debiutu literackiego?

Sądzę, że to była kwestia wyczucia odpowiedniego momentu, wewnętrznego podszeptu, że właśnie teraz jest ten właściwy czas. Sprzyjające okoliczności i sytuacje pojawiają się w naszym życiu w chwili, gdy jesteśmy w stanie je dostrzec i z nich skorzystać.  Zanim zdecydowałam się przesłać powieść do wydawnictwa musiałam poukładać w swoim życiu wiele spraw, uświadomić sobie, co jest dla mnie ważne, w jakim miejscu się znajduję, a gdzie chciałabym dojść. Wcześniej zaczynałam pisać kilka historii, ale ich nie kończyłam, bo nieustannie coś mi w tym przeszkadzało, nie starczało mi cierpliwości. Teraz, gdy patrzę na to  z perspektywy czasu, widzę, że to ja sama stawałam sobie na drodze, i robiłam wszystko, żeby nie zrealizować tego, co sprawia mi radość. Najważniejsze jest więc powzięcie decyzji, a potem konsekwentna realizacja planu, który założymy. Z chwilą, gdy to zrobimy wszystko zaczyna się układać i dopasowywać do siebie. Najpierw ukończyłam więc pierwszą historię, a potem dopisałam do końca kolejną. Nauczyłam się jak ważne jest doprowadzenie wszystkiego do finału, zamknięcie pewnego etapu. To stwarza przestrzeń dla czegoś nowego. Od tamtej pory nie zabieram się za pisanie kolejnej książki, zanim całkowicie nie skończę aktualnej.

To, że zadebiutowałam w wieku czterdziestu lat było przełomowym momentem w moim życiu. Tyle samo lat ma bowiem Łucja, bohaterka mojej debiutanckiej powieści „Obietnica Łucji”. Gdy pisałam tę książkę nawet nie zdawałam sobie sprawy, że będzie ona moim prezentem urodzinowym. To kwestia przypadku, że powieść akurat została wydana właśnie wtedy. Myślę, że to jest dobry moment na pisanie. W tym wieku człowiek ma już na swoim koncie jakiś bagaż doświadczeń, co czyni go bardziej wnikliwym obserwatorem. Potrafi oddzielać sprawy istotne od błahych. Młodzieńczą buńczuczność i chęć udowodnienia światu, że jesteśmy najlepsi, zastępuje pokora wobec tego, co naprawdę ważne. Oczywiście mówię tylko i wyłącznie o sobie, bo dojrzałość to naturalnie nie kwestia wieku, tylko indywidualna cecha, dzięki której widzimy świat tak, a nie inaczej. Pewnej wrażliwości i umiejętności dostrzegania najważniejszego, a potem przedstawienia tego czytelnikowi. Jest wiele młodych pisarek i pisarzy, którzy piszą piękne mądre, chwytające za serce historie i mają do przekazania ogromną dawkę pozytywnej energii. Tak więc to, kiedy sięgnąć po pióro, to sprawa całkowicie indywidualna.

Nadano Pani tytuł „mistrzyni literatury obyczajowej”. Czym dla Pani jest ta literatura? Gdzie, w jakich elementach, kryje się cała jej magia?

 

Sama bardzo lubię książki z tego gatunku. Powieści obyczajowe to historie o miłości, przyjaźni, nienawiści, zazdrości, braku zaufania, rywalizacji, nieodpowiedzialności, i można by tak wymieniać bez końca... To historie o normalnych ludziach, którzy przeżywają własne życie w wieloraki sposób. Mają problemy, cieszą się z osiągniętych sukcesów, doznają straty. Czasem nie potrafią radzić sobie z kłopotami, popadają w depresję, muszą dokonywać wyborów. Marzą, ale nie każdy z bohaterów ma na tyle siły, żeby te marzenia zrealizować. Zdarza się, że idą do celu nie przebierając w środkach i w pewnym momencie dochodzą do ściany. Tego typu książki poruszają problemy, które są znane każdemu człowiekowi. Z pewnymi postaciami często się utożsamiamy, a inne odrzucamy, stwierdzając, że nas drażnią i w realnym życiu na pewno nie chcielibyśmy mieć z nimi do czynienia. Cała magia życia kryje się w dostrzeganiu drobiazgów, które nadają naszej codzienności koloru, smaku, zapachu i głębszego sensu. Literatura obyczajowa zwraca uwagę na takie szczegóły. Pokazuje piękno zwykłego dnia z całą paletą jego barw. Zdarza się, że w danym bohaterze widzimy swoje lustrzane odbicie, a jego problemy poniekąd stają się naszymi problemami i przez to uzmysławiamy sobie, że nie jesteśmy na świecie sami. Że inni ludzie mierzą się z takimi samymi sytuacjami i często też mają pod górkę. Ale literatura obyczajowa to nie tylko kłopoty, łzy, wzruszenia, choć sama dość często piszę o trudnych sytuacjach, które dotykają moich książkowych bohaterów. Taka literatura kojarzy mi się też z uśmiechem, dowcipem, odprężeniem, świetną komedią. Dobrze jest wziąć książkę, która porusza nas do tego stopnia, że czytając kolejne strony możemy śmiać się na głos, zupełnie tak, jakbyśmy właśnie usłyszały dobry żart od najlepszej przyjaciółki. Sądzę, że właśnie w tym kryje się cały sekret literatury obyczajowej. Kiedy trzeba, wywoła łzy wzruszenia, a w innej sytuacji doprowadzi do śmiechu. Z dobrą książką na kolanach, czujemy się jak u mamy na domowym obiedzie. Idealnie.

Przeczytałam w jednym z wywiadów, że woli Pani zapisywać swoje pomysły w zeszytach. Czy wciąż preferuje Pani długopis i kartkę? Czym różni się pisanie na papierze od ekranu komputera? Czy jest coś wyjątkowego w tym pierwszym?

Całe powieści zapisuję w zeszytach i to nie zmieniło się od momentu napisania pierwszej książki. W taki sposób pisze mi się najlepiej. Do komputera siadam właściwie w ostatnim momencie, kiedy historia jest już gotowa w całości. Zdarza się wówczas, że coś poprawiam w tekście, ale zazwyczaj są to niewielkie zmiany. Pisanie w zeszytach traktuję jak swego rodzaju rytuał. Sprawia mi to przyjemność. Każdego dnia biorę zeszyt i z zadowoleniem stwierdzam, że przybywa w nim stron. A potem sięgam po kolejny  i po następny, aż książka jest już nakreślona. Dla mnie to najważniejszy etap, bo wówczas historia właściwie jest już skończona, wystarczy ją jeszcze tylko przenieść do komputera i nieco dopracować. Odkąd sięgam pamięcią zawsze lubiłam pisać odręcznie. W pierwszych klasach podstawówki napisałam w ten sposób swoją pierwszą „książkę”, a tytułowym bohaterem był szczeniaczek, którego imienia teraz już nie potrafię sobie przypomnieć. Niestety nie pamiętam też fabuły mojej dziecięcej książeczki. Zapamiętałam jedynie zeszyt, duży A4 w cienkiej łososiowej oprawce i miejsce w szafce, do której go wkładałam. Nieco później, jak większość dziewcząt w latach osiemdziesiątych pisałam pamiętniki, które też gdzieś się zapodziały. A w liceum na kartkach brulionów próbowałam tworzyć wiersze. W ogóle lubię pisać odręcznie, choć moje zapiski nie wyglądają zbyt estetycznie. Często przekreślam jakieś zdanie, potem piszę kolejne, a po chwili stwierdzam, że jednak nie o to mi chodziło. Tych zeszytów mam już naprawdę sporo, a jeśli dalej będę pisać w taki sposób, a wszystko na to wskazuje, to koniecznie będę musiała zaopatrzyć się w specjalny regał, bo już teraz upycham je tam, gdzie jest kawałek wolnego miejsca. Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po długopis i kartkę. Można zapisywać cokolwiek, wspomnienia z dzisiejszego dnia, na zasadzie pamiętnika, listę sprawunków, lub spraw, którymi chcielibyśmy się zająć w najbliższym czasie. Cokolwiek. Przeczytałam kiedyś w jednym z artykułów, że najnowsze badania wskazują na to, że pisanie odręczne ma dobroczynny wpływ na nasz mózg, usprawnia pamięć, sprzyja kreatywności, rozwija nas. A według mnie uczy też cierpliwości i wytrwałości. Ja widzę w tym tylko same zalety. Warto spróbować.

Pani najnowsza książka, Antykwariat spełnionych marzeń, to między innymi opowieść o pewnej szczególnej książce. W jaki sposób, według Pani, książki mogą na nas i nasze otoczenie wpłynąć?

Uważam, że książki mają niebagatelne znaczenie w kształtowaniu nie tylko naszego światopoglądu, ale mają także wpływ na nasze otoczenie. .A do tego, jak wiele jest zalet z czytania chyba nie trzeba nikogo przekonywać.  Czytając mamy możliwość ciągłego poszerzania naszych horyzontów, poznajemy zjawiska, które do tej pory były dla nas nieznane, rozwijamy wyobraźnię. Książki mogą wywoływać u czytelnika szereg emocji: strach, radość, złość, współczucie. Nawet, jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, bezpośrednio wpływają na nasze samopoczucie. Koją, bawią lub wywołują rozdrażnienie. Często po przeczytaniu jakiejś książki mamy tyle siły, że moglibyśmy przenosić góry, czujemy się lekko, a życie wydaje nam się o niebo lżejsze, niż wcześniej. Są książki, które skłaniają do przemyśleń, którymi delektujemy się powoli jak dobrą kawą, a są też pozycje, przez które przemykamy jak pociąg pośpieszny, bo nie możemy się od nich oderwać. A to, po jakie książki sięgamy zależy oczywiście od naszych upodobań czytelniczych, od tego, co w danym momencie chcielibyśmy przeżyć. Czy akurat potrzebujemy nieco adrenaliny i mamy ochotę udać się w szaleńczy pościg za nieuchwytnym złoczyńcą, czy też wolimy posiedzieć nad nostalgiczną historią i nieco podumać nad życiem. Są osoby, które czytają tylko biografie, i czytelnicy dla których liczą się tylko książki Fantazy. Czasami z całej powieści zapamiętamy tylko jedno zdanie i wydaje nam się, że było ono przeznaczone specjalnie dla nas. Każdy autor, nawet jeśli tego nie chce, lub nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, w swoich utworach przekazuje jakąś część siebie. To dlatego jednych pisarzy lubimy bardziej, innych mniej, a są i tacy, po których książki wcale nie sięgamy. Myślę, że właśnie w tym tkwi magia książek. A najważniejsze jest to, co między słowami. To coś nieuchwytne, co indywidualnie odczuwa czytelnik.

Powieść otwiera prawdziwie baśniowa atmosfera: niemalże legendarna opowieść o tajemniczej książce, którą do sklepiku pana Franciszka przyniósł przybysz z „parcianym, wytartym workiem zarzuconym na plecy i długim brzozowym kijem”. Chciałabym zapytać, czy istnieje jakaś szczególnie dla Pani ważna historia wokół konkretnej książki? Czy w ogóle jest taka książka, która w jakiś sposób zmieniła Pani życie?

Na każdym etapie mojego życia pojawiały się kolejne ważne dla mnie książki. Pierwszą jaką zapamiętałam była cienka książeczka Marii Konopnickiej „Na jagody”, wydana na szarym papierze, moja ulubiona. Potem były powieści Astrid Lindgren: „Dzieci z Bullerbyn”, seria o przygodach Emila ze Smalandii i ulubiona Pippi Pończoszanka, książki Krystyny Siesickiej, Zbigniewa Nienackiego, z ulubionym Panem samochodzikiem na czele, opowieści z Narni, C.S. Levisa. I oczywiście mój numer jeden, czyli seria o Ani Shirley, Lucy Maud Montgomery. Dorastałam wśród książek i miały one duży wpływ na moje życie. Z czasem jedne pozycje zastępowały inne, przeznaczone dla starszego czytelnika. Był okres, że zakochałam się w prozie Paulo Coelho, a jakiś czas później  jak urzeczona czytałam książki Emanuela Shmita. Jest naprawdę wielu pisarzy i książek, które mnie poruszyły i to wciąż się zmienia. Bo przecież ciągle pojawiają się nowe tytuły i mamy możliwość odkrywania autorów, którzy do tej pory byli dla nas nieznani. Myślę, że każda świadomie i z chęcią przeczytana książka w jakimś stopniu zmienia życie tego, który po nią sięga. Bardziej, lub mniej, ale jednak ma na niego wpływ. Są tytuły, które nawet po kilku latach będziemy wspominać z przyspieszonym biciem serca, lub łezką w oku. A potem chętnie będziemy do nich wracać. Jeśli chodzi o mnie, to rzeczywiście mam taką książkę, a właściwie autorkę, którą uwielbiam i której książkami mogłabym się zaczytywać w nieskończoność. Chodzi o Panią Romę Ligocką. „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku” czytałam dwukrotnie, i za każdym razem wywoływała u mnie łzy wzruszenia. To jedna z tych pozycji, która leżąc w mojej biblioteczce ciągle mnie przyciąga. Na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę i jestem pewna, że znów odkryję w niej coś nowego.

Podczas lekturyAntykwariatu spełnionych marzeń zauważyłam drobiazgowość Pani stylu, wielkie przywiązanie do szczegółu opisu – zarówno postaci, jak i otoczenia. Ta troska o słowo wydaje mi się ważna w Pani pisarstwie. Jeśli tak, skąd ona wynika?

Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Ale wydaje mi się, że ta drobiazgowość wynika z mojego stylu pisania. Gdy piszę, właściwie nie zastanawiam się nad szczegółami, a mimo to one pojawiają się same, po kolei, wraz z nowymi bohaterami i miejscami, które najpierw widzę w mojej wyobraźni, a potem tę wizję przelewam na papier. Nie mam pojęcia, z czego jeszcze to może wynikać. To chyba indywidualna sprawa. Jeden autor pisze oszczędnie, a inny przywiązuje wagę do detali.

W Pani powieści pojawia się wiele przedmiotów. Książki, albumy, zakładki do nich, drewniane piórniki czy kałamarze, filiżanki, kubki i kufry – wszystkie otaczają bohaterów, ale nie zagracają przestrzeni, lecz są jej częścią, towarzyszą one postaciom, są też ważne dla nich z różnych powodów – wydaje się, że każdy przedmiot powiązany jest z jakąś historią. Słowem, tworzą one szczególną, nostalgiczną kolekcję – czy przedmiot, także książka, może powiedzieć nam coś o właścicielu? Co takiego?

Przedmioty są częścią naszego życia, otaczają nas, przywołują wspomnienia, ułatwiają nam wiele czynności. Oprócz tych koniecznych, które służą nam w codziennym życiu, bez których trudno byłoby się obejść, każdy człowiek ma skłonność do otaczania się ładnymi rzeczami. Oczywiście dla każdego słowo „ładny” będzie miało inne znaczenie. Dla kogoś piękną dekorację na półce będzie stanowiła kolekcja porcelanowych aniołków, a inna osoba będzie podziwiała futurystyczny wazon, który ustawi w najbardziej widocznym miejscu, żeby cieszył jej oko. Przedmioty, którymi się otaczamy, to jak wyglądają, i ile ich jest zależy nie tylko od naszego zmysłu estetycznego i upodobań, ale jak się przekonałam w dużej mierze wynika z naszego charakteru. Według mnie osoba, która na przykład lubi stare meble, wiekowe bibeloty, czyli tzw. „przedmioty z duszą” na pewno łatwiej znajdzie wspólny język z osobą o podobnych zamiłowaniach, niż z człowiekiem, który preferuje nowoczesny wystrój wnętrz. Co jednak nie znaczy, że tacy ludzie nie będą mieli ze sobą o czym rozmawiać. Lecz w myśl zasady, że podobne przyciąga podobne, przyjaciele o zbliżonych upodobaniach nie będą mieli dylematu, czy na sobotni wieczór wybrać się do urokliwej kafejki urządzonej w starodawnym stylu, gdzie będą mogli delektować się lampką wina przy dźwiękach fortepianu, czy też pójść do lokalu z głośną muzyką, w którym zazwyczaj dużo się dzieje i gdzie na pewno nie zabraknie im wrażeń.  Zauważyłam też, że ludzie, którzy lubią zachwycać się życiem, zwykłą codziennością, zazwyczaj otaczają się przedmiotami, które nie tylko są w tym pomocne, ale też wywołują miłe estetyczne wrażenia. Jeśli ktoś ma w zwyczaju o określonej porze usiąść z filiżanką ulubionej kawy, czy herbaty, żeby przez chwilę złapać oddech, to zadba również o to, żeby ta filiżanka miała określony kolor i kształt. Taka dbałość o szczegóły jest ważna, bo sprawia, że życie nabiera barw i odbieramy je w taki, a nie inny sposób. Że potrafimy celebrować to życie, łapać chwilę i rozsmakowywać się w drobnostkach. A przedmioty powinny nam w tym pomagać. Są po to, żeby cieszyć nasze oczy, ale i po to, żebyśmy się czuli dobrze tam, gdzie jesteśmy.

Czy Pani osobiście jest kolekcjonerką? Jeśli nie przedmiotów, to może słów?

Kiedyś otaczała mnie zdecydowanie większa ilość drobiazgów, ale z wiekiem robię się wygodnicka i powoli pozbywam się kolejnych bibelotów, na których niestety nieustannie osiada kurz. Myślę, że nie jestem kolekcjonerką. Nie gromadzę przedmiotów, i nie przywiązuję zbyt dużej wagi do stanu posiadania. Oczywiście mam rzeczy, które mnie cieszą: filiżanki i kubki, z których piję kawę, czy herbatę. Świecznik, w którym często palę świecę, ulubione kadzidełka, notes, który dostałam od sympatycznych znajomych, co sprawiło mi ogromną radość, kartki okazjonalne od przyjaciół, dzięki czemu czuję, że wokół mnie jest wiele osób, na których mogę polegać. Mogłabym pewnie jeszcze wymienić kilka takich przedmiotów, ale to są raczej drobiazgi, które akurat dla mnie mają bardzo duże znaczenie. A jeśli chodzi o słowa, to chłonę je, delektuję się nimi, niczym sok z cytryny wyciskam z nich to, co najlepsze, ale potem pozwalam im płynąć dalej. Nie zatrzymuję ich, bo życie to ciągły przepływ. Za jakiś czas pojawią się więc nowe słowa, które znów będą dla mnie ważne przez chwilę, zanim się z nimi nie rozstanę.

Na koniec chciałabym zapytać o związek kawy i herbaty z książkami. Wydawca na okładce Antykwariatu spełnionych marzeń pisze o zaczytanej Emilii otoczonej aromatem kawy z kardamonem. To częste połączenie w naszej kulturze – osoba pogrążona w lekturze z kubkiem gorącego napoju. Czy według Pani zapach kawy z kardamonem ma jakiś wpływ na naszą lekturę książek? (-:Jeśli tak, w jaki sposób?

To już zależy od tego, co lubimy. Ale rzeczywiście dobra kawa i herbata są przyjaciółkami książek. Z kubkiem smacznego napoju można się łatwiej odprężyć. A jeśli połączymy to z ciekawą lekturą, to efekt w postaci tego, że miło spędzimy czas jest gwarantowany. Zapach kawy z kardamonem i przyprawami korzennymi jest dość specyficzny, ale niezwykle przyjemny. Ja go uwielbiam. Taką kawę pije też Emilia, bohaterka „Antykwariatu...”. Woń korzennych przypraw miesza się z zapachem starych książek i wiekowych bibelotów, znajdujących się w antykwariacie i sprawia, że to miejsce ma specyficzny klimat. Gdyby do tego dodać jeszcze zapach tabaki, którą posiada pan Franciszek, właściciel antykwariatu, to możemy wyobrazić sobie, jaki panuje tam nastrój. Jeśli ktoś jest smakoszem kawy, i zdecyduje się przeczytać „Antykwariat...” to sądzę, że filiżanka tego napoju z kardamonem na pewno wzbogaci odbiór tej książki. Łatwiej będzie można wyobrazić sobie to stare wnętrze otulone zapachem korzennych przypraw i świeżej kawy, zwłaszcza, że dość dokładnie je opisałam

Uprzejmie dziękuję za udzielone odpowiedzi. Życzę Pani powodzenia w dalszym pisaniu.

Dziękuję serdecznie. Z wielką przyjemnością odpowiedziałam na Pani pytania. 

O autorce

Dorota Gąsiorowska – z wykształcenia jest specjalistką ds. marketingu. Przez kilka lat mieszkała w Krakowie, potem przeniosła się z rodziną do domu za miastem. Od zawsze pisała, ale tylko do szuflady. W końcu zdecydowała się przesłać swój debiut do wydawnictwa. Urzekła wszystkich. Obietnica Łucji została tak dobrze przyjęta przez czytelniczki, że w kolejnej powieści autorka wróciła do ukochanych bohaterów, zapisując ich dalsze losy w Marzeniu Łucji. Pracuje już nad kolejną powieścią.

Dorota Gąsiorowska, Antykwariat spełnionych marzeń - fragment książki

Przez cały dzień nie mogła sobie znaleźć miejsca. Nieustannie myślała o wieczornym spotkaniu. Czekając na macochę, co chwilę zerkała w stronę okna, które wychodziło na bramę. Minęło południe, zapadł zmierzch, ale Róża nie pojawiła się, nawet kiedy Emilia wychodziła z domu. Włóczykij nie odstępował jej nawet na krok. Gdy już miała zamknąć drzwi wejściowe, które popychane wiatrem, mocno odchylały się na zewnątrz, w sieni pojawił się ojciec.

– Jesteś pewna, że chcesz tam pójść? – Zerkał na córkę niepewnie.

– Tato…

– Jest już ciemno, może cię odprowadzę?

– Tobie też udzielił się strach Róży? Daj spokój, proszę! Mam już dwadzieścia sześć lat i dawno temu przestałam być małą dziewczynką! – Wyprostowała się, żeby dodać sobie pewności.

– Mówiłem ci już wiele razy, że dla mnie zawsze będziesz małą dziewczynką. – Janek podszedł do córki i objął ją.

– Jesteś tego pewien? – Uśmiechnęła się, unosząc głowę. Ojciec był od niej sporo wyższy.

– Tak. Nawet jak będziesz miała tuzin zmarszczek i siwiuteńkie włosy, wciąż będziesz moją małą Emilką.

– Tatuniu, jesteś niemożliwy. – Odsunęła się od ojca i zerknęła na zegarek na ręce. – Powinnam już iść.

– Widzę, że cię nie zatrzymam. – Odsunął się do ściany.

Emilia popatrzyła na niego pobłażliwie.

– Niedługo wrócimy. – Schyliła głowę, dając Włóczykijowi sygnał, że wychodzą.

– Powinnaś włożyć coś cieplejszego. Rozumiem, że kochasz spódnice, ale dzisiaj jest naprawdę chłodno. Poza tym ten wiatr… Na Bałtyku sztorm. Nie mów mi, że po tylu latach pomieszkiwania w Modrzewiowej jeszcze nie potrafisz tego rozpoznać. Piraci wyruszyli na głębokie wody i znów sieją zamęt! – Zrobił zagadkową minę. Zawsze miał taki wyraz twarzy, kiedy mówił o groźnych wilkach morskich, bezkresnym Bałtyku i tych wszystkich historiach, od których w dzieciństwie Emilii cierpła skóra. Jej ojciec był wyśmienitym bajarzem. Potrafił godzinami snuć ciekawe opowieści. To po nim odziedziczyła bujną wyobraźnię. Janek nie miał talentu pisarskiego jak jego córka, ale za to pięknie opowiadał. – Proszę, ubierz się cieplej – nie ustępował, jakby miał nadzieję, że zaraz znajdzie argument, by ją zatrzymać.

– Jestem naprawdę odpowiednio ubrana. – Przejechała ręką po grubym swetrze w kolorze mokki, zapiętym na duże drewniane guziki. – Tato, jeśli zaraz nie wyjdę, to chyba się zagotuję. Zresztą zobacz, Włóczykij aż się pali do wyjścia. – Zdecydowanie pchnęła drzwi, które chwilę wcześniej niemal się zamknęły. Teraz niecierpliwie obijały się o framugę, jakby chciały szybko uwolnić dziewczynę.

Janek dał za wygraną. Kiedy wyszła, wyłączył w holu światło i usiadł w kuchni. Długo patrzył w okno, mimo że poza czernią późnego październikowego wieczoru nie było nic widać. Kiedy jego córka była w Krakowie, nie martwił się o nią. Ale gdy zjawiała się pod jego dachem, czuł się za nią odpowiedzialny potrójnie. Podwójnie za siebie, bo przecież ona od dziecka żyła w dwóch światach, a on zawsze starał się je zrozumieć i być blisko niej, nawet jeśli nie widzieli się dłuższy czas. I za Lili, która nigdy nie ukrywała, że córka niewiele ją obchodzi.

Teraz Emilia szła środkiem plaży, a mimo to rozległe grzywy fal dobijały do jej nóg. Włóczykij biegł tuż przy niej, szybko przebierając łapami, jakby chciał uciec wodzie. Wiatr targał jej włosy, wplatając ich końce w kołnierz swetra. Włożyła dłonie do głębokiej kieszeni spódnicy. Dotknęła pęku kluczy, który przez przypadek wyjęła z zamka drzwi wejściowych i odruchowo zabrała. Nie dało się ukryć, że była zdenerwowana. Zacisnęła klucze w dłoni.

Nagle ogromna fala wody dopłynęła do jej nóg. Odbiegła na bok, ale zamiast uchronić się przed żywiołem, upadła na mokry piasek. Włóczykij podbiegł do niej i zaczął lizać jej dłonie, wczepione w rozmokłe podłoże. Podniosła się. Czuła, że jest cała oblepiona piachem. Było ciemno, niewiele widziała. Między warkoczowy splot swetra a jeden z guzików zaczepił się duży pęk glonów. Zdjęła go i zamaszyście odrzuciła na bok.

– Cholera, jestem cała mokra! – krzyknęła do Włóczykija, który ocierał się o jej nogi, jakby chciał osuszyć przemoczone rajstopy. Znów włożyła ręce do kieszeni.

– Klucze! Gdzie one są?! – Kucnęła i zaczęła nerwowo przeszukiwać piasek dookoła. Włóczykij robił to samo, wciskając pysk w zagłębienia po jej rękach. Po kluczach nie było śladu. Wyglądało na to, że pochłonęła je woda. Po kilku minutach bezowocnych poszukiwań z rezygnacją opuściła ręce.

– Wiesz co, Włóczykij? Chyba będzie najlepiej, jak wrócimy do domu. Jutro o świcie przyjdziemy na plażę i poszukamy kluczy. Może dopisze nam szczęście. A spotkanie z Szymonem chyba raczej nie dojdzie do skutku.

Było jej przykro, ale zdawała sobie sprawę, że w takim stanie, brudna, mokra i zmarznięta, nie powinna się nikomu pokazywać. Zanim zdążyła zwrócić się do wyjścia z plaży, pies odskoczył od niej i szybko pobiegł do latarni.

– Włóczykij, wracaj tu!

Pies ani myślał jej słuchać. Informował ją tylko o swojej obecności głośnym szczeknięciem.

– Wracaj, nieznośny psiaku! – krzyknęła jeszcze, choć wiedziała, że uparte zwierzę i tak jej nie posłucha.

Taki właśnie był Włóczykij, kochany i przymilny, ale jednocześnie niezależny. Cóż było robić? Jeszcze raz odwróciła się w kierunku wydm przy wyjściu z plaży i ruszyła do latarni. Wśród zawodzenia wiatru, zaplątanego w czuby wysokich fal, słyszała mało wyraźne, ale dobrze znajome szczekanie. Poruszała się powoli, gdyż woda co chwilę zalewała jej buty. Świetnie orientowała się na plaży, dlatego mogłaby pokonać tę trasę nawet z zamkniętymi oczami. Kochała morze, kochała to miejsce bez względu na porę roku i pogodę. Teraz wiatr mocno uderzał w jej ciało, jakby chciał zepchnąć ją na wydmy. Ale ona doskonale znała jego zwyczaje, jego zmienność. Nieobcy był jej chłodny dotyk żywiołu.

Z oddali dojrzała mdławe światełko, rozjaśniające okna latarni. Poczuła się pewniej. Niebo tego wieczoru całkowicie zasnuły chmury. Wyglądało jak zastygłe morze w spokojny dzień. Kiedy dochodziła do schodów budynku, Włóczykij wybiegł jej naprzeciw. Wtedy dostrzegła też Szymona. Trzymał w ręku lampę oliwną.

– O, jest nasza zguba! Już miałem pójść cię szukać. – Zrobił krok do przodu, unosząc wyżej lampę.

– Niepotrzebnie. Doskonale znam tę plażę.

– No tak. Ale pogoda taka paskudna. To już prawie sztorm – zauważył, zatrzymując wzrok na czarnych, skłębionych falach.

– Niestraszna mi żadna pogoda. – Przybliżyła się i śmiało uniosła głowę. Mężczyzna obejrzał ją z góry na dół.

–    Widzę! – Głośno się roześmiał. – Nie znałem wcześniej nikogo, komu przyszłoby do głowy brać kąpiel w Bałtyku w taki zimny dzień.

–    Nie żartuj sobie! – Nie wytrzymała, choć ją rozbawił.

Nagle zrobiło się jeszcze chłodniej. Gwałtowny podmuch wiatru zawinął wokół jej głowy, burząc i tak już potargane włosy. Szymon zapatrzył się na nią i przybliżył w jej stronę lampę.

– Pewnie wyglądam jak czarownica…

– Nie. Wyglądasz pięknie, jak…

– Jak? – Popatrzyła na niego zaczepnie.

– Jak bogini wiatru – odpowiedział bez zastanowienia.

– Bogini wiatru?

– Tak. Postać z miejscowej legendy. Usłyszałem ją kiedyś od znajomego, a jemu podobno przekazał tę opowieść ktoś z tutejszych.

– Nigdy o niej nie słyszałam.

– Jak chcesz, to ci ją opowiem, ale wejdźmy do środka. Powinnaś napić się czegoś ciepłego. – Szymon odwrócił się w kierunku wejścia do latarni i oświetlił schody. Nieśmiało dotknął ramienia Emilii. Sprawiło jej to przyjemność.

Kiedy weszli do środka, nagle zalała ich fala światła. Emilia opuściła głowę i spojrzała na swoje nogi. Przemoczone buty zostawiały mokre ślady. Gdy szła plażą, nie zwracała na to uwagi. Teraz dotarło do niej, że jest cała przemoczona.

– Co się stało?

– Przewróciłam się – odpowiedziała szybko, jakby chciała mieć to już za sobą. – Potknęłam się i przewróciłam. Domyślasz się chyba, jak w taki wilgotny, wietrzny dzień wygląda piasek. Morze zalało ponad połowę plaży. Wygląda na to, że wciąż nie ma dosyć.

Szymon drgnął i mocno chwycił ją za rękę, ciągnąc za sobą na środek pomieszczenia.

– Zaraz znajdę ci jakieś suche ubranie. Zaczekaj tutaj. – Wskazał granatową sofę stojącą przy ścianie. Emilia podeszła tam i bez zastanowienia usiadła. Zdążyła tylko pomyśleć, że musi być to jakiś nowy nabytek, bo wcześniej nie widziała kanapy w latarni.

Już po chwili Szymon stał przed nią. W ręku trzymał szeroki brązowy sweter i granatowe dżinsy.

– Mam włożyć twoje ubranie?

– Raczej nie masz wyjścia. Jesteś cała mokra. No chyba…

– Co „chyba”?

– Chyba że zaczekasz tutaj, a ja pójdę do twojego domu po coś suchego?

– Nie. To niepotrzebne. – Przestraszona, wyciągnęła rękę i wzięła od niego ubrania, oceniając ich rozmiar.

– Przy spodniach jest pasek, a sweter po prostu ma luźny fason. Będziesz w nim wyglądała uroczo.

– Na pewno.

Też chciała się roześmiać, ale poczuła się nieswojo. Przypomniało się jej, jak bardzo czekała na to spotkanie, jak długo przygotowywała się dzisiaj do niego. Wyjęła z walizki trzy pary rajstop i na przemian przymierzała je do trapezowej zamszowej spódnicy. Okazało się, że niepotrzebnie, bo te jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej piękne miodowe rajstopy teraz wyglądały jak warstwa brunatnej ziemi. Starannie upięte włosy wymykały się spod spinki, która smętnie zwisała nad jej ramieniem.

– Masz rację, powinnam jak najszybciej doprowadzić się do porządku.

– Tam jest łazienka. – Szymon uśmiechnął się dyskretnie i wskazał jedne z dwojga drzwi za sofą.

Nie patrzyła mu w oczy, tylko ścisnąwszy ubrania, ruszyła przed siebie. W łazience szybko zdjęła mokre ubrania, trochę osuszyła buty i po kilku chwilach stała przed Szymonem, nieśmiało podnosząc głowę.

– Wyglądasz pięknie. – Patrzył na nią z zachwytem.

Uśmiechnęła się i przyłożyła do policzka rękaw miękkiego swetra.

– Masz świetny gust, piękny ten twój sweter.

– I piękna kobieta, która go nosi. Pasuje do ciebie. – Przybliżył się do niej.

Poczuła się niezręcznie, choć zauważyła, że bliskość Szymona sprawiła jej przyjemność. „Przyzwoita dziewczyna tak się nie zachowuje” – pomyślała, ale nie była pewna, czy to jej myśli, czy twarde słowa pana Franciszka. Teraz, kiedy stała przy Szymonie, miała ochotę przybliżyć się do niego jeszcze bardziej, ale gdy tylko o tym pomyślała, przed oczami zobaczyła twarz starego antykwariusza. Odsunęła się i lekko zakasłała. Szymon nadal ją obserwował. Nie był nawet w najmniejszym stopniu skrępowany.

– Spodnie są chyba kilka rozmiarów za duże – zauważył z rozbawioną miną.

– To nic, nie przeszkadza mi to zbytnio. Na co dzień nie noszę spodni, więc ten jeden raz jakoś przeżyję.

Znów się do niej przybliżył i dotknął spinki, którą Emilia nieco wcześniej wpięła w rozczesane włosy. Teraz jej fryzura była idealna, a rubinowe oczko migotało w surowym świetle dużej lampy z mosiężnym kloszem, zwisającej z sufitu.

Znów się cofnęła, choć miała ochotę zanurzyć się w ciemnym wzroku Szymona. Nie miał okularów. Zauważyła, że leżały na brzegu stołu. Odwróciła głowę w kierunku szafek kuchennych. Dopiero teraz poczuła przyjemny zapach.

– O rany, zapomniałem! Nasza kolacja! – Jednym susem znalazł się przy kuchence. – Usiądź przy stole. Zaraz podam jedzenie. – Nie patrzył już na nią, tylko krzątał się między piecykiem a jedną z szafek.

Po kilku minutach na środku blatu położył tacę z apetyczną rybą. Emilia popatrzyła na przyrumienioną skórkę.

– Nie lubisz ryb? – spytał, widząc jej zawiedzione spojrzenie.

– Nie. Skąd ci to przyszło do głowy? Uwielbiam ryby! – Uśmiechnęła się, chcąc sprawić wrażenie, że mówi szczerze.

– To dobrze. – Szymon nadal jej się przyglądał. – Właściwie to wczoraj powinienem cię o to zapytać. Ale sama rozumiesz… Nasze spotkanie było dość krótkie.

– Ryba to świetny wybór. – Wzięła do ręki widelec i uśmiechnęła się do Szymona.

– W takim razie smacznego! – Też sięgnął po sztućce i wspólnie zabrali się do jedzenia.

– Dokładka? – zapytał, kiedy połknęła ostatni kęs.

– Dziękuję, wystarczy. Było pyszne. Ale nie krępuj się mną. Jeśli masz ochotę na więcej, to zajadaj.

Uśmiechnął się w taki sposób, jakby rzeczywiście myślał o dokładce. Skończyło się jednak na tym, że oboje uraczyli się mocną, czarną herbatą, zaparzoną przez Szymona w starym, mosiężnym czajniczku. Od razu zwróciła uwagę na ten osobliwy przedmiot, gdyż za sprawą pana Franciszka była wyczulona na piękno takich staroci.

– Piękny…

– Tak, a herbata z niego smakuje wyjątkowo. Ma podobno tyle samo lat co ta latarnia – dodał, unosząc czajnik i rozlewając do filiżanek jego zawartość.

– Skąd o tym wiesz?

– Od znajomego, który mieszkał tutaj jakiś czas, ale nie wytrzymał tempa życia, jakie narzuciły mu duchy żywiołów.

Uśmiechnęła się do Szymona. Nie potrafiła ukryć coraz większej fascynacji i oderwać od niego wzroku. Tak pięknie opowiadał. Zupełnie jakby czytał książkę. A do tego ten głos, aksamitny i męski. Chciała, żeby nie przestawał mówić.

W pewnym momencie Szymon spojrzał na wiszący na ścianie obraz, który przedstawiał statek. Przyciągał wzrok. Odnosiło się wrażenie, jakby został powieszony w tym miejscu, by skupiać na sobie uwagę. Emilia zapatrzyła się w jego niebieskie tło. Przez moment wydawało się jej, że kobaltowe fale poruszyły się, popychając masztowiec w nieznaną dal.

– Ten obraz też podobno był tutaj od zawsze. – Szymon patrzył dokładnie w ten sam punkt płótna. Po chwili odwrócił głowę

i spojrzał na gościa. – Obiecałem, że opowiem ci historię pewnej pięknej kobiety. – Uśmiechnął się czarująco, a ona od razu zapragnęła usłyszeć wszystko, co miał jej do przekazania. – Bogini morskiego wiatru była podobno piękna i bardzo kapryśna. Kiedy miała zły humor, potrafiła marynarzom tak pomieszać szyki, że przez niespodziewany sztorm musieli dobijać do pierwszego lepszego portu. Była też próżna. Często przeglądała się w spokojnej toni Bałtyku i utwierdzała w tym, że jest najpiękniejszą z bogiń. Wszystkie morskie stworzenia musiały ją wielbić, a marynarze wypływający z portu prosić ją o względy i oczywiście o przychylny wiatr. Nie zawsze była łaskawa, choć bardzo schlebiały jej męskie umizgi. Ludzie mówili, że jest piękna, choć nikt jej nigdy nie widział…

Emilka nie mogła oderwać wzroku od Szymona. Gdy opowiadał, wyglądał jeszcze bardziej interesująco.

– Kiedyś znalazł się taki jeden śmiałek: uderzył się w pierś i stwierdził, że w ciągu trzech dni odnajdzie piękną boginię. A że był przystojny i butny, w pewien chłodny, wietrzny dzień, przy kuflach po brzegi wypełnionych piwem obiecał swoim kompanom, że nie tylko znajdzie zwiewną nieznajomą, ale również ją w sobie rozkocha… – Nagle zamilkł.

Ona nie odzywała się, czekając na dalszy ciąg opowieści. Wydawało się, że przerwał ją w najbardziej interesującym momencie.

– Co było dalej? – wtrąciła, zwilżając usta. Sięgnęła po herbatę i wzięła kilka dużych łyków.

– Naprawdę cię to zainteresowało?

– Tak – odparła cicho.

Po chwili Szymon podniósł się, nieoczekiwanie chwycił ją za rękę i lekko pociągnął w górę. Emilia wstała. Szymon podszedł jeszcze bliżej i mocno objął jej dłoń. Potem odwrócił się

w kierunku drzwi wyjściowych. Przeszli kilka kroków. Zanim zdążyła się zorientować, dokąd zmierzają, wypuścił jej rękę. Stali tuż przed obrazem. Z bliska jego tło wydawało się nieco jaśniejsze, bardziej rozmyte, a okręt sprawiał wrażenie, jakby mocno kołysały nim skłębione fale. Zakręciło się jej w głowie. Przymknęła oczy, ale słysząc ciepły głos Szymona, zaraz je otworzyła.

– Podobno tak wyglądał statek, którym Szymon wyruszył na poszukiwanie bogini wiatru.

– Szymon?

– Mówi się, że tak miał na imię. Był marynarzem i bardzo kochał morze. Rzadko pozostawał dłużej na lądzie. I tak nikt nie czekał na niego z gorącym obiadem. – Przez dłuższą chwilę nie odrywał oczu od statku. Patrzył, jakby na jego pokładzie rzeczywiście widział bohatera starej legendy.

– Odnalazł w końcu to, po co wyruszył?

– Nie wiem.

– To znaczy, że ta historia nie ma zakończenia?

– Szymon rzeczywiście wrócił po trzech dniach. Był szczęśliwy i bardzo spokojny, ale nikomu nic nie powiedział o swojej wyprawie.

– Jak to?

– Nie mógł nic powiedzieć, bo kiedy wrócił na ląd, stracił głos. Od tamtej pory podobno nie wypowiedział ani jednego słowa. Dalej wyruszał na morskie wojaże, a po powrocie spotykał się z kompanami w oberży, ale nikt nigdy nie poznał jego tajemnicy. Zachował ją dla siebie. Mówiono jednak, że od tamtej pory często chadzał w to miejsce. – Szymon zatoczył ręką koło i spojrzał pod nogi. – Patrzył w morze zakochanym, nieobecnym wzrokiem. Po jego śmierci wybudowano tu latarnię.

„Dlaczego nigdy wcześniej nie poznałam tej historii? – Odwróciła wzrok od Szymona. – Przecież tata z Różą mieszkają tutaj już tyle lat. Musieli ją znać. A Róża? Ona jest tutejsza. Niemożliwe, żeby nie znała tej legendy. A może Szymon wymyślił sobie to wszystko?” – przemknęło jej przez myśl. Może po prostu zauważył jej zainteresowanie i wykorzystał to, chcąc zrobić na niej wrażenie. Jeszcze ta zbieżność imion…

Odsunęła się od niego. Dopiero teraz poczuła, że ciągle trzyma ją za rękę. Uwolniła się z uścisku. Naciągnęła i tak zbyt długie rękawy swetra, żeby schować w nich dłonie. Kochała takie legendy, jak ta opowiedziana przez Szymona. Teraz świadomie starała się ukryć malujące się na jej twarzy zainteresowanie. Bezskutecznie. Szymon stał naprzeciw niej i przyglądał się jej badawczo.

– Czyli ta historia nie ma zakończenia? – powtórzyła.

– Ma piękne zakończenie…

Nie odezwała się. Stała nieruchomo. Wiedziała, że Szymon chce jej jeszcze coś powiedzieć. Czekała.

– Myślę, że marynarz ją odnalazł. – Znów się przybliżył. – I że wyglądała zupełnie tak jak ty.

– Jak ja? – odezwała się cicho. Czuła, że podoba się Szymonowi. Był blisko niej, a ona zrozumiała, że nie ma sił, by uciec.

– Dlaczego tak cię to dziwi?

– Nie wiesz, jak wyglądała. To tylko bajka. – Próbowała się cofnąć, ale znów złapał ją za rękę.

– Nie da się wytłumaczyć wszystkiego słowami. Są sprawy, które po prostu się wie. – Wypuścił jej rękę, ale nie odsunął się, tylko pogładził jej włosy. – Wyglądasz jak bogini wiatru – powiedział pewnym głosem.

Ravelo poleca książki:

Błękitne sny
-33%

Błękitne sny

Katarzyna Michalak

36.90 zł 24.72 zł

zamów
Początek
-32%

Początek

Dan Brown

49.90 zł 33.93 zł

zamów
Czarownica
-30%

Czarownica

Camilla Lackberg

39.99 zł 27.90 zł

zamów
We dwoje
-30%

We dwoje

Nicholas Sparks

36.90 zł 25.83 zł

zamów
Przesyłka
-33%

Przesyłka

Sebastian Fitzek

39.80 zł 26.65 zł

zamów
Trzecia
-30%

Trzecia

Magda Stachula

36.90 zł 25.83 zł

zamów
We wspólnym rytmie
-30%

We wspólnym rytmie

Jojo Moyes

39.90 zł 27.93 zł

zamów
Cechy produktu

Cechy produktu

Dostawca: Azymut

Wydawca: Między słowami

data wydania : 12 kwietnia 2017

liczba stron: 512

język wydania: polski

numer wydania: 1

numer produktu: 100571396

EAN: 9788324037575

Średnia ocena Klientów: 5 (Oceniło 21 osób)
Kategorie

Polecamy także:

Przeczytaj recenzje

Przeczytaj recenzje książki – Dorota Gąsiorowska "Antykwariat spełnionych marzeń"

Zostań naszym recenzentem i dodaj swoją opinię o produkcie

Recenzja dodana 2017-06-08

Z Dorotą Gąsiorowską do czynienia nie miałam. Po części dlatego, że nie nie moje klimaty, a po części wstyd przyznać, ale jako Polka zdecydowanie omijam polską literaturę. Dlaczego, więc tym razem złamałam obie swoje "zasady"? Bo ostatnio robię to często, a sporadycznie wychodzę na tym źle. Postanowiłam, więc łamać własne reguły dla zasady - by poznać coś nowego i być może poważnie na tym skorzystać. No i jeszcze jedno! Akcja toczy się w antykwariacie, a tam są książki, dużo książek...

Emilia pracuje w wymarzonym miejscu - w antykwariacie. Jako miłośniczka książek nie mogła znaleźć lepszej pracy i jako jedna z niewielu dzień zaczyna z uśmiechem i radością. Pomaga jej w tym charakter. Dziewczyna jest spokojna, skryta i nieśmiała. Momentami wręcz staroświecka. Ale ma swoje marzenia, które chciała by pewnego dnia spełnić, a na razie przelewa je na papier. Książka, którą w ten sposób napisała czeka na krok Emilki. Może kiedyś odważy się ją wydać?
Na razie młoda kobieta nawet o tym nie myśli. Jednak pod czas wyjazdu nad morze do ojca spełnia się marzenie o szczęściu. To tam poznaje tajemniczego Szymona. Praktycznie od początku między nimi iskrzy i ciągnie ich do siebie. Ale nie od dziś wiemy, że życie to nie bajka i trzeba mieć szczęście by ułożyło się "i żyli długo i szczęśliwie...". Na drodze ich szczęścia pojawiają się chmury. Jedną z nich jest jedyna przyjaciółka Emilii. Jak by tego było mało dziewczyna zaczyna odkrywać różne tajemnice sprzed lat. A praktycznie każda z nich dotyczy kogoś jej bliskiego.
Do Polski wraca także Sara - Żydówka uratowana pod czas wojny przez Zosię - opiekunkę Emilki oraz żona Franciszka, z którym dziewczyna pracuje. Kobieta chce w Polsce rozprawić się z demonami przeszłości, a oparcie i przyjaźń dostaje właśnie od Emilii.

Choć książka wydaje się być leniwa i spokojna to schowanych jest w niej naprawdę wiele wątków. Wielokrotnie Dorota porusza niełatwe tematy i robi to w naprawdę piękny sposób. Poza tym często wykorzystywany aromat kawy z kardamonem... Zrobić sobie kubek i nie odchodzić od książki aż się skończy - jedno albo drugie. Troszeczkę drażniła mnie postać Emilki. Zbyt delikatna, spłoszona jak łania w lesie, taka jakby niezdecydowana? A może raczej ciepłe kluski? No dla mnie było trochę na nie, ale inni mogą ją pokochać - niech tak zostanie. Co zatem urzekło mnie najbardziej? Historia przyjaźni, tej prawdziwej, trwającej lata. Głębokiej i wyjątkowej relacji gdzie z równym uczuciem się bierze jak daje. Wspiera jak stawia do pionu. I kilka wspaniałych tego przykładów Dorota umieściła na stronach "Antykwariatu...". Książkę polecam wszystkim, którzy kochają spokojne powieści z nutą miłości. Nie jest to pozycja, którą się zapomni zaraz po odłożeniu - ona otula jak pierzynka, dodaje otuchy i ciepła. Ja chętnie zapoznam się jeszcze z czymś pióra Gąsiorowskiej.

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Recenzja dodana 2017-05-29

Nieplanowane szczęście

Większość z nas dokładnie planuje swoje najbliższe dni, aby lepiej organizować swój czas i jak najwięcej osiągnąć. Kiedy nagle musimy zmienić nasz harmonogram dnia, reagujemy zniecierpliwieniem. Tymczasem przykład Emilii z książki Doroty Gąsiorowskiej „Antykwariat spełnionych marzeń” pokazuje, że nic nie dzieje się przez przypadek, a te nagłe zmiany ustalonych planów wychodzą właśnie na dobre. Nie warto więc długo rozpamiętywać urazów, ale dać się ponieść fali rzeczywistości – jeśli coś dobrego ma nas spotkać, tak właśnie się stanie niezależnie od okoliczności. „Antykwariat spełnionych marzeń” uczy, że szansę na rozwój mają również osoby ciche, spokojne i niewyróżniające się w otoczeniu – sukces spotyka nas bowiem tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy.

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Recenzja dodana 2017-05-03

Książki, kawa i Kraków

Książka jest czwartą powieścią pani Doroty Gąsiorowskiej. Okładka utrzymana jest w stylistyce poprzednich – ciepłe kolory, sylwetka kobiety i znana czcionka sprawiają, że na pierwszy rzut oka powieść wydaje się wpisywać w nurt wcześniejszych trzech pozycji.
Bohaterką „Antykwariatu...” jest dwudziestosześcioletnia Emilia, która ukończyła studia polonistyczne i pracuje w krakowskim antykwariacie, którego właścicielem jest Franciszek, mąż byłej opiekunki Emilki, często wspominanej w książce Zosi. To właśnie Zosia wychowywała dziewczynkę po rozwodzie jej rodziców, kiedy jej ojciec wyjechał do innego, odległego miasta, a narcystyczna i zadufana w sobie matka nigdy nie miała czasu i przede wszystkim miłości dla własnego dziecka. Emilia została ukształtowana przez Zofię i jej styl – opiekunka wpoiła jej wiele zasad, konwenansów, nauczyła ją życia i pozytywnego patrzenia na świat. Również mąż Zosi – Franciszek, pomimo swojego dystansu i na pierwszy rzut oka dość wyzutego z emocji podejścia do dziewczynki jest dla niej dobrym opiekunem, troszczy się o nią również po śmierci Zofii.
Emilię poznajemy w chwili, gdy ma dwadzieścia sześć lat, jej ukochana opiekunka Zosia zmarła jakiś czas temu, a dziewczyna w dalszym ciągu mieszka w kamienicy z pretensjonalną i lubiącą rozrywkowe życie matką. Pan Franciszek kilkukrotnie proponował bohaterce, by zamieszkała w jego dużym i pustym domu, jednak do tej pory dziewczyna nie zdecydowała się zostawić matki, choć łączyła je dość specyficzna, zimna relacja. Emilia na początku wydawała mi się podobna do poprzednich bohaterek z powieści Doroty Gąsiorowskiej – nie mająca swojego zdania, uległa, poddająca się presji innych, dająca się wykorzystywać, a przede wszystkim – samotna. W miarę, jak akcja powieści się rozwijała, spotkała mnie miła niespodzianka – bohaterka wcale nie była bierna – miała swoje zdanie, bywała uparta, ale dążyła do wyznaczonego celu, nie poddawała się i spełniała swoje marzenia. Bardzo podobało mi się, że Emilia nie od razu wybaczyła Idze – najlepszej przyjaciółce – to, co ta zrobiła z jej napisaną w sekrecie powieścią. Dziewczyna wykazała się tu dużą siłą charakteru i to było ciekawe, takie prawdziwe. Trochę z mniejszym entuzjazmem podeszłam do wątku z Szymonem – tu raziła mnie naiwność bohaterki i wystawianie się na niebezpieczeństwo w obecności nieznanego mężczyzny (tu jak najbardziej zgadzałam się z Różą i jej podejściem do wycieczek w stronę latarni morskiej). Zdecydowanie bardziej polubiłam Mikołaja, w porównaniu z nim Szymon wypada blado, wręcz anemicznie (choć ostatecznie się do niego przekonałam pod koniec książki, gdy widziałam, że się stara i nie odpuszcza). Również Grześ był postacią, o której czytałam z ciekawością, choć oczywiście fortel z narzeczoną podczas wystawy zdjęć odjął mu trochę mojej sympatii. Artysta odzyskał ją jednak, dzięki trosce i pomocy, którą okazał Emilii, gdy ta przyszła do niego z Sarą.
W powieści mamy naprawdę wiele wątków, kilka zagadek z przeszłości zostaje rozwiązanych, kilka bolesnych tajemnic i głęboko ukrytych sekretów wychodzi na światło dzienne. Wątki z historii przedwojennego Krakowa, jak również zdarzenia z czasów II wojny światowej sprawiają, że akcja powieści jest bogata, plastyczna, momentami zaskakująca. Ważnym elementem, wręcz atrybutem w „Antykwariacie spełnionych marzeń” są... książki, a w szczególności jedna, stara, która nie raz uratowała życie. Myślałam, że wątek z książką zostanie trochę bardziej rozbudowany, ponoć Zosia się z nią nie rozstawała, a Emilia zajrzała do niej raptem może ze trzy razy (i w zasadzie nawet zapomniała zabrać ją z domu swojego ojca, więc widocznie dla niej nie była taka ważna). Trochę szkoda, że wątek ten nie został bardziej dopracowany, bo mógłby być naprawdę interesujący.
Każda z książek pani Gąsiorowskiej wypełniona jest jakimś elementem, który spina daną powieść niczym klamrę. W obu częściach o przygodach Łucji była to muzyka, Nina zachwycała się pięknem baletu, natomiast Emilia... ona czarowała zapachem kardamonowej kawy. Można stwierdzić, że książki pani Doroty Gąsiorowskiej pobudzają zmysły – słuchu, wzroku, a teraz także węchu...
Moja ostatnia refleksja dotyczyć będzie pewnego szczegółu, który „rzucił mi się w oczy” po przeczytaniu wszystkich dotychczasowych powieści autorki. We wszystkich książkach pojawia się motyw matki nieobecnej, niekochającej, a jej rolę (dobrej opiekunki) zajmuje zawsze inna osoba. Zarówno Łucja miała trudną relację z matką, a jej dobrym „duchem” była Matylda, również Nina nie znała matki od urodzenia, a ze swoją przyjaciółką, mamą dorastającej córki i ze starszą panią z domu opieki czuła się naprawdę dobrze (tu faktu tej matki nieobecnej nie zmienia nawet odnalezienie owej po wielu, wielu latach i próba budowy relacji). W ten nurt wpisuje się też Emilia – Lili jako matka widniała jedynie w metryce urodzenia, w rzeczywistości kobiety podążały odmiennymi ścieżkami, natomiast Zosia i trochę też Róża były dla bohaterki prawdziwymi opiekunkami.
Myśl, która nasunęła mi się podczas czytania powieści jest taka, że ludzie sami sprowadzają na siebie problemy, sami tworzą wokół siebie barykady i mury, a w rzeczywistości bezgłośnie proszą o pomoc, wsparcie, wysłuchanie. Wszystkiemu winien jest brak komunikacji, otwartości na drugiego człowieka, a także niemoc zaufania nawet najbliższej osobie. Ileż problemów byłoby mniej, gdyby bohaterowie (i nie tylko oni) po prostu ze sobą rozmawiali, a nie tylko wymieniali się komunikatami.

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Recenzja dodana 2017-03-28

Dorota Gąsiorowska, Antykwariat spełnionych marzeń

Książki Doroty Gąsiorowskiej to dobra lektura z gatunku literatury kobiecej idealne na słabszy dzień. "Obietnica Łucji" czy "Marzenie Łucji" - jej poprzednie książki - dają dużo cieplejszych uczuć, jednak nie są zaskakujące, podobnie "Primabalerina". Jeśli o mnie chodzi, taka "bezpieczna" odskocznia od trosk dnia codziennego w niczym nie przeszkadza, a wręcz czasem jest niezbędna.
"Antykwariat spełnionych marzeń" na dodatek opowiadać będzie o... książkach! O miłości do nich, o zaczytaniu i wszystkich rozkosznych rytuałach z nim związanych.
Czy tajemnicza książka, która pomogła już Ewie, pomoże kolejnym osobom w ich życiu? Czy pomoże także zagubionej Emilii? Pozwólmy sobie marzyć i zawierzyć temu odwiecznemu tropowi książki, która zawiera odpowiedzi na wiele nurtujących nas pytań.

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE 3 z 3 klientów uznało recenzję za pomocną

Dodaj recenzję

Dodaj recenzję produktu "Antykwariat spełnionych marzeń"

Twoja ocena
Jednym zdaniem
Treść recenzji
Oświadczam, że jestem wyłącznym autorem publikowanej recenzji i nie narusza ona praw osób trzecich. Wyrażam zgodę na wykorzystanie recenzji przez Ravelo sp. z o.o. do celów promocyjnych.
To top