Księgarnia internetowa Ravelo – tanie książki i wiele więcej
Twój koszyk »
jest pusty
+1

Dodano:
sprawdź zawartość koszyka »

sprawdź
koszyk »
kontynuuj
zakupy »
promocjapromocja
Balladyny i Romanse - Książki
wstaw obrazek na swoją stronę
X <a href="https://www.ravelo.pl/balladyny-i-romanse-ignacy-karpowicz,p11008885.html" title="Balladyny i Romanse"> <img src="https://www.ravelo.pl/pub/mm/img/220/11008885.jpg" alt="Balladyny i Romanse - Książki"> </a>

Balladyny i Romanse

Ignacy Karpowicz
Literackie , data wydania 27 stycznia 2011 , OPRAWA MIĘKKA

Oceń produkt

Produkt aktualnie niedostępny...

Inne wersje

Książka (Outlet) oprawa miękka 39.90 zł 23.47 zł sprawdz
Zobacz pełny opis

Pełny opis książki – Ignacy Karpowicz "Balladyny i Romanse"

Sprawy na Ziemi nie idą najlepiej.
Starych, potężnych bogów wyparli trywialni, ale i bezwzględni bożkowie
popkultury. Świat globalnej wioski nie daje poczucia stabilności i
bezpieczeństwa. Osamotnieni ludzie już dawno stracili nadzieję na
odmianę losu, żyją z dnia na dzień, apatyczni i znudzeni… na domiar
złego zaczyna brakować kawy. W niewyjaśnionych okolicznościach znikają
też żelazka. Pewnego dnia bogowie postanawiają działać. Dużą grupą
zstępują wśród ludzi. Czy Nike, Afrodycie, Jezusowi, Ozyrysowi,
Lucyferowi i innym uda się przywrócić właściwe hierarchie? Czy ludzkość
jeszcze raz uwierzy? I dlaczego bogowie, mając tak wiele możliwości, na
miejsce swego „zniebozstąpienia” wybrali akurat „kraj w promocji”, czyli
Polskę?
Powieść Ignacego Karpowicza, nominowanego do Nagrody Nike za Gesty, to
świetnie skonstruowany, ironiczny traktat o współczesności. Zabawny i
przerażający zarazem. Prowokacyjny i obrazoburczy. Jednym się spodoba.
Drugim nie. I tak ma być.
Dodatkowe informacje
Cechy produktu

Cechy produktu

Wydawca: Literackie

data wydania : 27 stycznia 2011

liczba stron: 576

format: 14,5x20,5

numer produktu: 11008885

EAN: 9788308045855

Średnia ocena Klientów:
Kategorie

Polecamy także:

Przeczytaj recenzje książki "Balladyny i Romanse", pochodzące z serwisu BiblioNETka

Średnia ocena książki wg. użytkowników serwisu BiblioNETkA:  1 1 1 1 1

Bogowie muszą być szaleni...

- Atena oglądająca Przyjaciół czy M jak miłość?
- Ozyrys wyśmiewający Paulo Coelho?
- Ares i Hermes wychowujący potomka?
- Jezus namiętnie grający w Mortal Kombat?
- ponure prządki, Mojry, siedzące na krzesłach z Ikei?
- Balladyna jako właścicielka firmy cateringowej?
- Nike jako businesswoman z obowiązkowym profilem na Facebooku?

Ideą powieści Ignacego Karpowicza było połączenie dwóch światów ludzi i bogów. W Balladynach i romansach te światy współistnieją (czyli, mówiąc prościej, na dole mamy ziemskie piekiełko, a na górze świat, w którym egzystują wszyscy bogowie chrześcijańscy, greccy, egipscy, islamscy, indyjscy itp., itd.), ale się nie przenikają. Jednak co się stanie, kiedy bogowie masowo zaczną migrować na Ziemię? Dodajmy, że główni bohaterowie wylądują w Polsce kraju z promocji. Cóż, Gombrowicz by się śmiał bo wychodzi jedna wielka kupa, acz zaskakująco dobrze przemyślana.

Oczywiście obok bogów występują w Balladynach i romansach ludzie, którzy z bogami nie mają wiele wspólnego. Jest tu dziewczyna, która słucha najgorszego muzycznego chłamu (bo kto by tych tandetnych biedactw słuchał, jeśli nie ona), jest łobuz, który przechodzi zaskakującą metamorfozę pod wpływem miłości, jest znużona życiem dziewica-stara panna (przepraszam: singielka!) zaczytująca się w romansach Danielle Steel, jest też para gejów tuż po rozstaniu, jest z dnia na dzień dziecinniejący facet i jego przedsiębiorcza małżonka, a wreszcie filozof-onanista oraz porzucony mąż. Dodajmy, że w tym świecie, gdzie rozgrywają się tak typowe, że aż banalne historie ma miejsce coś dziwnego nagle znikają wszystkie żelazka, zaczyna brakować też kawy. Jednak to dopiero początek wielkiej katastrofy.

Balladyny i romanse to jedna z tych książek, które czyta się z rosnącym zainteresowaniem pod hasłem: Rany, co on jeszcze jest w stanie wymyślić?. A wymyśla bardzo dużo. Karpowicz to jeden z tych twórców (obok na przykład Vargi czy Kuczoka), który ma za nic tradycję, igra ze skostniałym, nietykalnym dorobkiem kultury, uderza w nasze przywary narodowe, desakralizuje mity. Po prostu prowokuje ale robi to z humorem, a w dodatku z przesłaniem. Nie bawi się tymi postaciami czy motywami dla samej zabawy. Między wierszami można wyczytać gorzką satyrę na współczesność, która istnieje pod znakiem tandetnej popkultury i w której nowi bogowie są nie w kościołach, a na plakatach z Bravo

Popkultura jest jedyną odpowiedzią na potrzeby współczesnego człowieka. Popkultura nie wymaga wiele i wszystko wybacza. Popkultura jest bardziej ludzka niż jakakolwiek religia. () popkultura jest niczym, to znaczy: niczym Jezus Chrystus wszyscy i tak zostaną zbawieni na małym ekranie, w tym wycinku pasma fal radiowych wszyscy są równi. Popkultura każdemu daje szansę, wyciąga pomocną dłoń, bardziej demokratyczna niż sama agora[1].

Właściwie pomiędzy jedną a drugą salwą śmiechu do którego umiejętnie doprowadza Karpowicz można stwierdzić, że żyjemy w świecie jałowym i pustym tak pustym, jak popkulturowa sieczka:

[W popświecie] Nie ma już prawdy, piękna, sprawiedliwości. Są tylko zamienniki i podróbki, których skład i metoda produkcji przeistaczają się z dnia na dzień, aby taniej, aby więcej. Ale również nie ma czystego zła, dyskryminacji innej niż bieżące mody (). To jest wspaniały świat, mówił Bartek, Internet jest wspaniały, mówił, coraz mniej wiedząc o czym mówi i coraz bardziej tracąc wiarę we własne słowa[2].

Karpowicz drwi przy tym z konwencji literackich. W jednym z wątków serwuje romans w stylu Danielle Steel, w innym kompromituje patologiczne ujęcie rodziny tak częste we współczesnej literaturze (Ares, Hermes i Eros jako homorodzina zstępują na ziemię, mając nadzieję, że po półwieczu wspólnego życia wszyscy będą poranieni i przeżyją rozliczne traumy). Dostaje się też konkretnym twórcom (na przykład Danowi Brownowi, ale przede wszystkim Paulo Coelho), a niektóre uznane dzieła ulegają znaczącej obróbce. Okazuje się na przykład, że Balladyna po śmierci założyła do spółki z Aliną i Grabcem firmę cateringową. Nie będę też odkrywcą Ameryki, jeśli zwrócę uwagę na tytuł, który daje po nosie dwóm czołowym wieszczom.

Najwięcej jednak gromów zbiera sama idea religii. Karpowicz jest niezwykle odważny. Religia jest niczym więcej jak oszustwem, zdeklasowanym zresztą przez popkulturę. To dlatego bogowie decydują się na zamknięcie nieba i wracają na ziemię. Będą jak zwykli pracujący śmiertelnicy, którzy potem umrą. Przewodzi im wszystkim sam Jezus, który w akcie młodzieńczego buntu przeciwko Ojcu stwierdza, że umrze i nie zmartwychwstanie, żeby ludzie znów mogli w niego uwierzyć:

- Zstąpię ponownie. Kryptonim Paruzja. () Umrę i nie zmartwychwstanę. Wtedy ludzie we mnie uwierzą. Świat zostanie zbawiony. Będę bogiem, który z miłości do ludzi naprawdę umarł.
- To niemożliwe! rzuciła Afrodyta.
- Precedensy istnieją odpowiedział.
- Jezu, chyba nie podoba mi się twój plan powiedziałam. Wydaje mi się, że twój plan jest nawet trochę szalony.
- Och, taka była pierwotna wersja: ofiara z życia bez zmartwychwstania. Potem wszystko się pogmatwało. Czas naprawić to, co popsuto.
- Zacznij od dekalogu wtrąciła cierpko Afrodyta[3].

Mojry cieszą się z zamknięcia niebios:

- Nareszcie!
- Tyle czekałyśmy!
- Bóg to oszustwo.
- Czasem piękne.
- Jak Apollo.
- I prawdziwe.
- Tylko że martwe[4].

I muszę powiedzieć, że jest w tym coś wzruszającego, kiedy bogowie stają się zwykłymi ludźmi i po prostu się z tego cieszą, inaczej układają zapisane przez mitologię życiorysy. [papla]Jezus żyje w konkubinacie z Nike. Atena, owa żelazna dziewica, rodzi córkę. Afrodyta zostaje modelką propagującą ekologiczną żywność. Ares jest gwiazdą porno. Balladyna staje się dziennikarką poszukującą sprawiedliwości.[/papla] A między nimi żyją zwykli ludzie, którzy nigdy nie byli na Olimpie.

Ze sceny w pałacu Nike:

Mój najmniej spodziewany gość podszedł do nas. Przystrzygł brodę, zmienił togę na dżinsy i obcisłą koszulkę. Na stopy założył sandały z mojej przyszłorocznej kolekcji na palcu złoty Pierścień Rybaka. Prezentował się świetnie, bardzo sexy wbrew sobie.
Na skraju basenu skłonił się dwornie:
- Miłe panie, witam uniżenie.
- Cześć powiedziałam. To jest Afrodyta. Chyba się nie poznaliście.
- Cześć powiedziała Afrodyta. () Myślałam, że jesteś bardziej ponury Afrodyta przemówiła z wrodzonym taktem.
- Ostatnio rzeczywiście nie byłem w najlepszej formie. Jednak jestem, jakkolwiek by nie patrzeć, bogiem miłości.
- To zupełnie jak ja wypaliła Afrodyta. Też powstałeś z morskiej piany i spermy?
Jezus roześmiał się, niby szczęśliwy psotny chłopiec. Odpowiedział:
- Nie, my chrześcijanie rozmnażamy się za pomocą zwiastowania.
- Tego jeszcze nie próbowałam stwierdziła Afrodyta[5].

Co gorliwszy tradycjonalista zakrzyknie może: sodomia i gomora!, natomiast mnie się bardzo podoba takie pogrywanie z mitami (nie tylko antycznymi), łamanie narodowych stereotypów, kalanie uznanych świętości. Literatura powinna być odważna. A jeśli do tego dodać, że Balladyny i romanse są zaskakujące, pełne cierpkiego humoru, ciekawie skonstruowane i całkiem sprawne językowo (bo i z tej strony Karpowicz się ukazuje), to okaże się, że ta powieść jak najbardziej na Paszport Polityki zasłużyła. I naprawdę warto jej poświęcić trochę uwagi.


---
[1] Ignacy Karpowicz, Balladyny i romanse, Wydawnictwo Literackie, 2010, s. 305.
[2] Tamże, s. 533.
[3] Tamże, s. 248.
[4] Tamże, s. 554.
[5] Tamże, s. 245-6.

O tym, jak Ares wdział kieckę

Może najpierw poruszę zagadnienie fabuły, bo wolałbym mieć to za sobą i już do niej szczególnie obszernie nie nawiązywać w przyszłości. Nie dlatego, że mnie ona boli czy sprawia przykrość. Po prostu jest tak nie do wytłumenia w paru zdaniach, że mnie onieśmiela. Trudno traktować ją poważnie najtrafniej określają ją pojęcia absurdu i głupkowatości, ale w tym całkowicie pozytywnym znaczeniu. Trudno wszak nie uśmiechnąć się mimowolnie, gdy dowiadujemy się, iż bogowie postanawiają zamknąć Niebo (Piekło już dawno zamknęli nie kalkulowało się ideologicznie) i zstąpić na Ziemię, między szarych ludzi Polaków (nasz kraj był akurat w promocji). Nie trzeba być szczególnie domyślnym czytelnikiem, by przewidzieć, że wywoła to wiele zamieszania i niecodziennych sytuacji, szczególnie w życiu tych wybranych rodaków, którzy nieświadomie staną się świadkami objawienia boskiego i nie mam tutaj na myśli byle grzyba na ścianie, tworzącego sylwetkę Jezusa Zbawcy Ludzkości Chrystusa. Całe podstawowe założenie fabularne już na surowo brzmi mocno bzdurnie oraz ryzykownie, bo łatwo z niego niezauważalnie przeskoczyć w kicz i tanią, nietrzymającą się kupy parodię, jeśli tylko autor nieumiejętnie stylistycznie poprowadzi treść. Niezbędna jest w takim przypadku naturalna równowaga, aby bezustannie czytelnika frapować i bawić, jednocześnie nie męcząc go lawiną suchych żartów, anegdot oraz wyświechtanych motywów (do dzisiaj mam w sercu ranę, którą zadał mi Daniel Koziarski w swoich Kronikach socjopaty zbiorze zaaranżowanych na nowo dowcipów, legend miejskich i oklepanych, przewidywalnych skeczów). I Ignacy Karpowicz wywiązał się z tego zadania brawurowo. Uf.

Stara panna (politycznie poprawnie określana singielką) mało elokwentny student (obowiązkowo hulaka i diler dragów) atrakcyjna nimfomanka (gustująca w partnerach młodszych, nawet tych w ledwie legalnym wieku sama nie wie, czy nie podpada to już pod pedofilię) para gejów (których dotknął jakże bolesny kryzys w związku, wynikający z klasycznego to nie tak jak myślisz, kotku) opuszczony mąż (oszukujący samego siebie i poszukujący impulsów podrywających jego zgnuśniałe ciało do życia) niespełniony, zapuszczony w swojej norze zwanej mieszkaniem, filozof (na przemian onanizujący się i płaczący na filmach porno każdemu się zdarza) kawaler cofnięty w rozwoju umysłowym (na skutek działania wody z Lete, boskiego odpowiednika wódki zapewniającej utratę pamięci o długotrwałym efekcie) i jego przyszła małżonka (dźwigająca w macicy efekt niefortunnego wytrysku partnera). Takich bohaterów proponuje nam w swojej powieści Karpowicz. Żałosnych, niespełnionych, zasmuconych codziennością i dryfujących przez kolejne styczniowe dni bez szczególnej nadziei na szczęście. Prawda, że nam bliscy? Do tej gromady mniejszych lub większych nieudaczników należy dla kontrastu dołożyć zgraję bogów przede wszystkim greckich (Ares moim faworytem), ale znalazło się także miejsce dla brodatego Jezusa w sandałach (który swoje zmartwychwstanie określa jako złe posunięcie piarowe), a nawet Balladyny (tej od Słowackiego, bo dlaczego by nie, skoro ludzie w nią wierzą?).

Czy materializujący się w bezbarwnym życiu bohaterów bogowie wyrwą ich z marazmu i beznadziejnej kondycji moralnej? A może dodatkowo pogłębią pesymizm i przygniotą ich swoją nieosiągalną boskością? I jak się ma do tego brak kawy oraz żelazek? wszystko wyjdzie w praniu, ale na pewno będzie dowcipnie.

Bo Ignacy Karpowicz napisał powieść przede wszystkim zabawną. To pierwsze określenie, które przychodzi mi na myśl po lekturze. Owszem, Balladyny i romanse są również refleksyjne, rozbudowane metaforycznie i śmiałe erotycznie, ale liczba figlarnych fraz oraz humorystycznych akcentów przebija wszystko. Co prawda kilka czerstwych i przeterminowanych gagów da się wyłapać (wciśnięcie do treści sformułowania każdego maczo ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić? zniesmacza swoją suchością, aż zęby zgrzytają), ale liczba cytatów udanych i rzeczywiście śmiesznych (przynajmniej dla mnie) imponuje. Analogicznie jest z przenośniami i metaforami (w tej materii brylują szczególnie sami bogowie), a ich kwiecistość oraz pomysłowość urzekają, balansując jednocześnie niebezpiecznie na krawędzi zachwytu, gdzie w otchłani poniżej leży już wymuszona tandeta. Kilka zachwiań odnotowałem, ale obyło się bez bolesnego upadku.

Balladyny i romanse w fascynujący sposób konfrontują religię z popkulturą. Elementy boskie przeplatają się z codziennością, mieszają się z erotyzmem i seksem, odważnie obecnym w powieści. Karpowicz bez oporów i ze swadą stawia obok Jezusa (grającego na konsoli) lemoniadę z Lidla, 1,99 za dwa litry, popową papkę serwowaną nam w radiu i nagą, szczytującą Afrodytę, której śmiertelnik akurat dogadza oralnie. Rozczaruje się jednak ten, kto doszukiwałby się w powieści obrazoburstwa, kontrowersji czy głębszych powodów do pójścia na krucjatę przeciwko pisarzowi. Wszystko jest ujęte w subtelną ramę i pomimo śliskiego tematu, jakim z pewnością w niektórych kręgach jest religia, ja bawiłem się przednio, tasując motywy razem z autorem (a wrażenia przywołały mi w pamięci cudownie śmieszne Pomniejsze bóstwa Pratchetta) i nie znalazłem ani jednego fragmentu, który mógłby rzeczywiście oburzyć. Karpowicz w słodki sposób kpi nie tylko z religii, ale przede wszystkim z popkultury w naszym popświecie. Ofiarami złośliwości autora stają się po kolei media (TVP, "Cosmopolitan", Radio Zet, Radio Eska i wataha pozostałych, które trudno odróżnić od siebie), artyści (J. Lo, Feel, Gosia Andrzejewicz), a nawet koledzy i koleżanki po fachu literaci (Coelho, Brown, Grochola). Mało to wyszukane i brzmi banalnie, bo nie kopie się leżącego, ale te wszystkie uszczypliwości, mimo że komiczne oraz pocieszne, jednocześnie zawierają pewien pierwiastek charakteryzujący literaturę piękną, swoisty miks poetyki z codziennością, dlatego daleko im do jadowitości. Ot, smaczki, niesilące się na kontrowersję, więc radzę się nie uprzedzać szczególnie. No, chyba że uwielbiasz Coelho.

Balladyny i romanse to beczka pełna śmiechu i cytatów wartych odnotowania, bo skutecznie poprawiają humor. Nasycona erotyzmem, ze szczyptą cynizmu i kpiarstwa ballada o grupie bohaterów zmagającymi się z codzienną, depresyjną rutyną, jednak przedstawioną refleksyjnie i dowcipnie, toteż na melancholijny nastrój w trakcie lektury nie licz. Niezdecydowanym doradzam przeczytanie w księgarni/bibliotece pierwszego, gościnnego rozdziału chińskiego ciasteczka. Niewiele tekstu, a wiele mówi o stylistyce powieści. Mnie Karpowicz zauroczył, jego powieść połknąłem z przyjemnością i bez znużenia, a to, że mimo wszystko z perspektywy czasu nie nazwę Balladyn i romansów szczególnie wybitnym dziełem, niczego absolutnie nie zmieni. Ani ciut ciut.


[opinię zamieściłem wcześniej na blogu]


Recenzje ze strony BiblioNETka są opublikowane za zgodą serwisu.
Dodaj recenzję

Dodaj recenzję produktu "Balladyny i Romanse"

Twoja ocena
Jednym zdaniem
Treść recenzji
Oświadczam, że jestem wyłącznym autorem publikowanej recenzji i nie narusza ona praw osób trzecich. Wyrażam zgodę na wykorzystanie recenzji przez Ravelo sp. z o.o. do celów promocyjnych.
Biorę udział w konkursie recenzji.
To top