Księgarnia internetowa Ravelo – tanie książki i wiele więcej
Twój koszyk »
jest pusty
+1

Dodano:
sprawdź zawartość koszyka »

sprawdź
koszyk »
kontynuuj
zakupy »
promocjapromocja
Morfina - Książki
wstaw obrazek na swoją stronę
X <a href="https://www.ravelo.pl/morfina-szczepan-twardoch,p12506853.html" title="Morfina"> <img src="https://www.ravelo.pl/pub/mm/img/220/12506853.jpg" alt="Morfina - Książki"> </a>

Morfina

Szczepan Twardoch
Literackie , data wydania 8 listopada 2012 , OPRAWA MIĘKKA

Oceń produkt

Towar dostępny, wysyłka 24h.

?

Koszty, terminy i ograniczenia dostawy

?

Czas oczekiwania na zamówienie

?

Akceptowane formy płatności

?
Cena detaliczna: 44.90 zł

35.92 zł

oszczędzasz 19%

lub przenieś do przechowalni
Przy zakupie co najmniej 5 sztuk
Cena promocyjna: 32.33 zł
Cena promocyjna zostanie przeliczona w koszyku
przy zamówieniu co najmniej 5 sztuk produktu

Inne wersje

Książka oprawa miękka 39.90 zł 29.53 zł sprawdz
Książka oprawa miękka 39.90 zł 31.92 zł sprawdz
Książka oprawa twarda 49.90 zł 39.92 zł sprawdz
Audiobook mp3 34.90 zł 31.41 zł sprawdz
Książka (Outlet) oprawa miękka 44.90 zł 26.40 zł sprawdz
Ebook epub,mobi 29.90 zł 26.91 zł sprawdz
Zobacz pełny opis

Pełny opis książki – Szczepan Twardoch "Morfina"

Awanturnicza powieść o człowieku, który urodził się w złych dla siebie czasach i z artysty uzależnionego od morfiny przemienił się w demonicznego, nieodpowiedzialnego konspiratora, męża, kochanka... Nie mógł mu zaufać nikt. Konstanty Willemann jest synem niemieckiego arystokraty i spolonizowanej Ślązaczki. Ma za sobą kampanię wrześniową 1939 roku, jest podporucznikiem, oficerem rezerwy Wojska Polskiego, wojsko jednak go nie interesuje. Gdy tylko nadarza się okazja, korzystając z chaosu, nie rejestruje się jako wojskowy i zaczyna ukrywać w Warszawie. Przechodzi rodzaj choroby psychicznej, słyszy głosy wewnętrzne.
Dodatkowe informacje
Cechy produktu

Cechy produktu

Wydawca: Literackie

data wydania : 8 listopada 2012

numer produktu: 12506853

EAN: 9788308050118

Średnia ocena Klientów:
Kategorie

Polecamy także:

Przeczytaj recenzje książki "Morfina", pochodzące z serwisu BiblioNETka

Średnia ocena książki wg. użytkowników serwisu BiblioNETkA:  1 1 1 1 1

Morfina

Okładka

Rec. Tymoteusz Wronka
Ocena: 4,5/6


Morfina Szczepana Twardocha jest chyba najgłośniejszą polską powieścią ubiegłego roku: przyniosła śląskiemu autorowi Paszport Polityki, a także nominacje do prestiżowych nagród literackich, takich jak Gdynia czy Nike. Wydawałoby się więc, że o takiej książce nie można (i nie wypada) powiedzieć złego słowa, ale według niżej podpisanego, nie jest to wcale najlepszy utwór tego autora.

Powieść ma wiele mówiący podtytuł Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada. Faktycznie sceną większości wydarzeń jest podbita przez nazistów stolica (chociaż na chwilę akcja przenosi się też do Budapesztu). Jest to zresztą jeden z większych atutów powieści: realia i charakter są oddane świetnie i z pietyzmem, co dla warszawiaka, który większość życia spędził przemierzając dokładnie te same tylko starsze o kilkadziesiąt lat okolice, co Konstanty Willemann (morfinista, kobieciarz, człowiek budzący przede wszystkim obrzydzenie), ma dodatkową wartość emocjonalną. Jednak i mniej zaangażowany czytelnik będzie mógł wyczuć ducha miasta, którego już nie ma.

Pojawiające się w powieści postaci, a szczególnie grający pierwsze skrzypce przywołany już powyżej Kostek, są egzemplifikacją znanych już wcześniej autorskich obsesji. Rozgrywany jest wątek tożsamości narodowej, stanie w rozkroku między polskością a niemieckością, gdzie każdej z nacji przypisywany jest konkretny zestaw cech. Jest również zestawienie ze sobą pierwiastka męskiego i żeńskiego, przy czym to płeć piękna obdarzona jest siłą i mocą sprawczą, a mężczyźni są słabi, pełni samousprawiedliwień. Jest też wreszcie próba zestawienia ze sobą fatalizmu, odgórnego sterowania losem, a możliwością wzięcia steru życia we własne ręce. Te wątki (a także kilka innych) wzajemnie się przeplatają i zazębiają, tworząc duszną i niepokojącą atmosferę, w czym pomaga wprowadzenie niemal wszystkowiedzącej, nadprzyrodzonej narratorki.

Wyróżnikiem, a także elementem dodatkowo podkreślającym klimat opowieści, jest styl. Narracja meandruje, zdania się przeciągają, pełno jest powtórzeń i zapętleń. Jest to pełna nawiązań proza, gęsta i wymagająca, wprowadzająca w trans, ale jednocześnie każde w nią wejście wymaga okresu chociaż niezbyt długiego na aklimatyzację.

Powieść ta zdaje się być utworem starannie przemyślanym, by nie powiedzieć zaprogramowanym na sukces. Z jednej strony pojawiają się w niej słabi, ułomni bohaterowie tak charakterystyczni dla współczesnej prozy polskiej, z drugiej posiada niespotykaną w większości utworów głównonurtowych gęstość i fabularny rozmach (paradoksalnie przy prostocie najważniejszych wątków). Ponadto Twardoch bardzo inteligentnie dobiera tematy, tworząc chwytliwą mieszaninę pikanterii, kontrowersji i chwytliwych tez nie na tyle ostrą, by odrzucać, ale na tyle intrygującą, by wywołać dyskusje i przemyślenia. Z pozoru więc wszystko gra, ale z czasem to wyrachowanie zaczyna drażnić, wręcz można domyślać się na jakie zagranie autor się wkrótce zdecyduje i tutaj też może objawiać się geniusz konstrukcyjny autora, dający możliwość bycia czytelnikowi zawsze o niewielki krok przed bohaterami, podbudowując ego, wyzwalając czytelniczą pewność. Wszystkie te starannie zaplanowane elementy współgrają, ale jednocześnie nie można wyzwolić się od poczucia koncepcyjnego rozwodnienia.

Tutaj przechodzimy do tezy z początku tekstu, czyli stwierdzenia, że nie jest to najlepsza powieść Twardocha. Przejawiają się w niej poglądy i idee obecne w wielu wcześniejszych utworach, a które swe apogeum osiągnęły w Wiecznym Grunwaldzie. Tam wystarczyło kilka zdań, akapit by trafić w sedno, tutaj potrzeba niejednokrotnie kilkunastu stron czy kilku powtórzeń, by przekazać ten sam ładunek idei.



Tymoteusz Wronka jest autorem bloga Ględzenie Shadowa oraz redaktorem portalu Katedra.

O życiu na cmentarzu

Są takie książki, które już od pierwszych stron zwiastują czytelnikowi, że będzie miał do czynienia z czymś wartym poświęconego mu czasu i uwagi. Wszystko to rzecz jasna kwestia gustu, oczekiwań i preferencji osobistych, ale są, gwarantuję. Czarują swoim charakterem, narracją i wyrazistością. Fascynują i w związku z tym pobudzają chęć do ich głębszego poznawania, dzielenia z nimi codzienności, uczenia się ich. Taki odpowiednik miłości od pierwszego wejrzenia (jestem w stanie w nią uwierzyć, w końcu ludzie nie w takie rzeczy wierzą - nawet w Latającego Potwora Spaghetti), choć jak późniejsza znajomość daje czas na zweryfikowanie opinii na temat drugiej osoby, tak dalsza lektura potrafi zniweczyć całe początkowe zauroczenie czytelnika. Och, jakież wtedy jest rozczarowanie, jaki żal z powodu niewykorzystanej szansy! Jaki ból serca, że mogło być tak pięknie, a skończyło się banalnie i nie będzie warto o tym epizodzie pamiętać ani tym bardziej opowiadać wnukom przy kominku, częstując ich Werther's Original. Pytaniem jest, czy "Morfina" należy do grona lektur przez cały czas umiejętnie podsycających pożądanie czytelnika, czy też niechlubnie tracących w jego oczach wraz z każdym przeczytanym rozdziałem?

Podtytuł "Morfiny" brzmi: "Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada" i należy on do tych, które zwięźle i celnie określają treść. To bardzo ułatwia odpowiedź na pytanie, o czym jest ta powieść. Jednakże choć podtytuł ten mówi wszystko, jednocześnie - paradoksalnie - nie mówi nic. Nie trzeba być bowiem Sherlockiem Holmesem krytyki literackiej, by wydedukować, że tak płaska, jednowymiarowa tematyka nie zapewniłaby autorowi Paszportu Polityki za rok 2012 i m.in. nominacji do nagrody Nike 2013. Nie bądźmy więc naiwnie powierzchowni i z premedytacją pobłądźmy zawiłymi ścieżkami treści, kontekstów, interpretacji.

Pomoże nam w tym trzydziestoletni Konstanty Willemann - nie kto inny, jak główny bohater powieści. Kostkowi z pewnością nie brakuje charakteru, ale jest beznadziejnie zagubiony w kwestii własnej tożsamości i narodowości. Jego ojciec to pruski arystokrata, matka - polska nimfomanka, on sam - morfinista, niespełniony artysta i kurwiarz (przepraszam, ale sam siebie tak otwarcie nazywa), mający się za sprytnego i obrotnego bywalca salonów. Strasznie mu nie na rękę ta cała wojna, która tak nagle wkracza krokiem defiladowym do Warszawy, bo komplikuje codzienność Kostka, temperując jednocześnie jego naturę bon vivanta. Początkowo pewność siebie bohatera może ździebko razić czytelnika, zniechęcać wręcz, ale szybko się okazuje, że wewnętrzny Kostek jest kruchy jak ciasto francuskie i plastikowe zamienniki dolnych osłon silnika. To postać iście wallenrodyczna, zabarwiona jednak mrokiem oraz naznaczona niezmywalnym piętnem zagubienia i rozdarcia. Były podporucznik polskiej armii, który bezustannie musi sobie powtarzać, że jest Polakiem, tak jakby o tym zapominał i sam już nie był przekonany, czy rzeczywiście jest. Sprawę dodatkowo utrudnia zawiła konspiracja, w której podejmuje się wziąć udział. Podobno ku chwale ojczyzny.

Jego uzależnienie od morfiny wydaje się mieć w powieści drugoplanowe znaczenie. Pogoń za buteleczką pełną dobra, szczęścia i tęczy, jak sam nazywa narkotyk, pcha go najczęściej w objęcia Salome, kobiety o liberalnym podejściu do stosunków płciowych. Średnio romantyczne wieczory w jej towarzystwie mają zazwyczaj niezmienny repertuar - portretowanie Salome w obscenicznych pozach, wspólne morfinowe dawanie po kablach, zwierzęca kopulacja, a po wszystkim czułe spoliczkowanie kochanki i wyjście bez pożegnania (chyba że za pożegnanie uznać wspomniany cios w twarz). Oczywiście żaden byłby z Kostka kurwiarz, gdyby zadowolił się jedną kobietą, więc w trosce o własny wizerunek miota się między żoną (którą kocha i ma z nią kochanego syna), dziwką (którą kocha kochać fizycznie), pierwszą miłością (którą kochał i chętnie pokochałby ponownie) i nową miłością (która bezceremonialnie wkracza w jego życie i po kobiecemu przewraca mu w głowie). Kobiet z pewnością nie zabraknie. Kochania, jak widać, też nie, mimo to fanki twórczości Danielle Steel będą rozczarowane, lojalnie uprzedzam.

Narracyjnie powieść wypada... dość niekonwencjonalnie i z biglem. Krótkie, celne zdania uzupełniają zdania mocno rozbudowane, takie, które kończysz czytać już nie pamiętając, od czego się zaczynały. Pierwszoosobowy rytm narracji przeplata się z trzecioosobowym. Ciężar prowadzenia opowieści jest w znacznej mierze zrzucony na barki Kostka, ale ktoś często wyszarpuje mu wodze z dłoni. Kto? A może co? Cóż, to nie zostało jednoznacznie określone i możemy się bardziej lub mniej celnie domyślać (albo nie chcę psuć niespodzianki i udaję teraz głupka). Niematerialna (bo mówiąc o sobie, używa rodzaju żeńskiego), niezbyt życzliwie nastawiona do otaczającego Kostka świata, zachłanna, zazdrosna, chcąca mieć bohatera jedynie dla siebie, zwracająca się do niego bezpośrednio (choć on nigdy nie odpowiada) i niemogąca pogodzić się z tym, że jej ukochany jest momentami najzwyczajniej w świecie szczęśliwy bez niej. Mroczna natura Kostka? Morfina? Jego matka? Co ciekawe, w zależności od sytuacji interpretacja czytelnika co do źródła "towarzyszki" bohatera może się różnić. Chwilami jest bardziej aktywna, przejmując całkowicie inicjatywę, a momentami schodzi do głębokiego podziemia i wydaje się, że nie ma wpływu na rozwój wydarzeń, jakby się czaiła w ciemności. Dostrzeżenie zależności i motywów pozostawiam każdemu indywidualnie, bo może to stanowić niemałą frajdę i satysfakcję.

Cała "Morfina" wypełniona jest sugestywnością i zręcznie wykreowanymi postaciami. Niesamowite wrażenie robią te swoiste zawieszenia akcji, kiedy bieżące wydarzenia zwalniają, nawet zatrzymują się. Konstanty w takich chwilach zmaga się z kotłowaniną myśli, tęczą wspomnień, a "tajemnicza Ona" funduje czytelnikowi intensywną podróż w przeszłość, ale przede wszystkim przyszłość. Te wyskoki o kilka lat w przód charakteryzują się bezceremonialnością i niejednokrotnie udało im się mnie... cóż, zszokować. Przykładowo - nie mogłem się wyzbyć wrażenia, że narratorka czerpie satysfakcję z opisywania przyszłego losu Dzidzi Rochacewicz. A zapewniam, że nie należy on do przyjemnych i świadomość tego drastycznie zmienia sposób, w jaki patrzymy na samą Dzidzię. Oczywiście jest poza tym w "Morfinie" kilka, nawet kilkanaście fragmentów wartych uwagi, które później blokują się w czytelniczej pamięci na dłuższy czas. Wspomnę choćby sposób, w jaki Konstanty radzi sobie z Kajetanem Tumanowiczem (dreszcze murowane) czy też mniej sugestywny, ale udany w formie spacer bohatera ulicami okupowanego miasta, kiedy ze spuszczoną głową skupia się na obuwiu warszawiaków. Fajnie to wyszło.

Czyli tak - "Morfina" trzymała mnie w ryzach do samego końca. Muszę dodać, że końca imponującego i choć z grubsza był on do przewidzenia, to jednak jego okoliczności wycisnęły z moich płuc coś w rodzaju westchnienia. Być może mam minimalny żal, że nie każdy wątek udało się autorowi należycie rozbudować i zakończyć (a może to tylko moje odczucie), ale nie od dzisiaj wiadomo, iż często lepszy niedosyt, niż przekombinowany przesyt. Koniec końców, "Morfinę" uznaję za bardzo dobrą powieść, która zasługuje na kawałek miejsca na mojej zakurzonej półce. Można więc uznać, że polecam, jednak reklamacji nie uwzględniam, o nie.


[opinię zamieściłem wcześniej na blogu]



Recenzje ze strony BiblioNETka są opublikowane za zgodą serwisu.
Dodaj recenzję

Dodaj recenzję produktu "Morfina"

Twoja ocena
Jednym zdaniem
Treść recenzji
Oświadczam, że jestem wyłącznym autorem publikowanej recenzji i nie narusza ona praw osób trzecich. Wyrażam zgodę na wykorzystanie recenzji przez Ravelo sp. z o.o. do celów promocyjnych.
Biorę udział w konkursie recenzji.
To top