Księgarnia internetowa Ravelo – tanie książki i wiele więcej
Twój koszyk »
jest pusty
+1

Dodano:
sprawdź zawartość koszyka »

sprawdź
koszyk »
kontynuuj
zakupy »
promocja
Traktat o łuskaniu fasoli - Książki
wstaw obrazek na swoją stronę
X <a href="https://www.ravelo.pl/traktat-o-luskaniu-fasoli-wieslaw-mysliwski,p1494061.html" title="Traktat o łuskaniu fasoli"> <img src="https://www.ravelo.pl/pub/mm/img/220/1494061.jpg" alt="Traktat o łuskaniu fasoli - Książki"> </a>

Traktat o łuskaniu fasoli

Wiesław Myśliwski
Znak , data wydania 8 października 2007 , OPRAWA MIĘKKA

ocena: 5 [liczba ocen: 4] Przeczytaj recenzje

Towar dostępny, wysyłka 24h.

?

Koszty, terminy i ograniczenia dostawy

?

Czas oczekiwania na zamówienie

?

Akceptowane formy płatności

?
Cena detaliczna: 35 zł

28.00 zł

oszczędzasz 20%

lub przenieś do przechowalni
Zobacz pełny opis

Pełny opis książki – Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"

Bohater Traktatu... w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza podczas jednego dnia spędzonego na wspólnym łuskaniu fa soli dokonuje bilansu całego życia. Opisuje traumatyczne przeżycia z czasów wojny, okres młodzieńczych złudzeń i pasji, lata "nauki i wędrówki", poszukiwanie zarobku na obczyźnie, wreszcie - powrót do kraju. Misternie skonstruowana, przeplatająca perspektywy czaso we powieść jest próbą przeniknięcia ukrytych sensów ludzkiego losu. Autor usiłuje odkryć relacje pomiędzy przypadkiem i przeznaczeni em, istnieniem autentycznym i pozornym, zwykłym życiem i szaleństwem.
Dodatkowe informacje
Cechy produktu

Cechy produktu

Wydawca: Znak

data wydania : 8 października 2007

liczba stron: 400

format: 14x20.5

numer produktu: 1494061

EAN: 9788324008919

Średnia ocena Klientów: 5 (Oceniło 4 osób)
Kategorie

Polecamy także:

Przeczytaj recenzje

Przeczytaj recenzje książki – Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"

Zostań naszym recenzentem i dodaj swoją opinię o produkcie

Recenzja dodana 2009-02-22

Wspaniała

Wciąga od pierwszej strony, pełna przemyśleń i prawdy o życiu i ludziach. Godna polecenia lektura obowiązkowa :)

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Recenzja dodana 2009-02-22

wspaniała

Wciąga od pierwszej strony, piękna, prawdziwa i głęboka powieść. Obowiązkowa lektura!

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Recenzja dodana 2008-12-18

Mój ukochany gawędziarz znów zabiera głos – i ponownie cieszy nas swymi bajecznymi powieściami, znów

Mój ukochany gawędziarz znów zabiera głos – i ponownie cieszy nas swymi bajecznymi powieściami, znów kradnie nam czas, niczym najsprytniejszy złodziej. Od powieści nie sposób się oderwać – Myśliwski, człek przebiegły do granic ludzkiego pojęcia – dobrze wie, jak skołować czytelnika, jak go podejść, by zapomniał o Bożym świecie.
Niezrównoważony gawędziarz sadza nas przy kaflowym piecu i raczy najprzedniejszymi opowieściami. Bajdurzy o czasach piastowskich niemalże, a my urzeczeni, zakochani, wsłuchujemy się rubaszne powieści, łuskamy ową tytułową fasolę, sabotując nasze fasolowe prace, by choć o minut kilka przedłużyć szalone spotkanie. Myśliwski swe filozoficzne nierzadko wywody okrasza złocistym humorem, lubieżną ironią, słodkim absurdem – a nam, czytelnikom, którzy nagle zdają sobie sprawę, że są uzależnieni od jego prozy – nam pozostaje spijać ów literacki nektar bez opamiętania.
Zaiste, prawdziwy bursztyn, który literackie morze wyrzuciła na brzeg – przypadkiem? Nie sądzę. Owo cudowne, wielostronicowe perpetuum mobile, nabożeństwo pogańskie, salon odnowy duchowej każdy powinien mieć na swojej półce. I czytać, czytać – bo nic tak nie ucieszy wielbiciela książek, jak dobra literatura. A tu smaczków wszelakich, potrafiących dogodzić najwybredniejszym gustom, mamy bez liku.
Polecam, choć uprzedzam uczciwie – apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Recenzja dodana 2008-08-04

Super!

Tej książki nie trzeba nikomu polecać. Po prostu super!!!

Oceń, czy recenzja jest pomocna TAK NIE

Przeczytaj recenzje książki "Traktat o łuskaniu fasoli", pochodzące z serwisu BiblioNETka

Średnia ocena książki wg. użytkowników serwisu BiblioNETkA:  1 1 1 1 1

Podróż metafizyczna

Odnaleźć mały domek, gdzieś poza miastem... Zapukać do drzwi... Otworzy mężczyzna niepozorny, sympatyczny, choć, na pierwszy rzut oka widać, doświadczony przez życie człowiek. Wyjrzy niepewnie i będzie przyglądał się przybyszowi trochę zdziwiony, choć chyba zadowolony, że ktoś przerwał jego samotny wieczór. Odgoni dwa psy biegające wokół, obwąchujące niespodziewanego gościa. Zaprosi do środka. Wchodząc do ciepłego, przytulnego wnętrza zapytać o fasolę podobno ją sprzedaje... I jeszcze tylko usiąść na krześle, wziąć do ręki pierwszy strąk i powoli, niezdarnie zacząć łuskać... I nie trzeba już nic więcej robić, tylko słuchać... Dać się poprowadzić łagodnemu, trochę zachrypniętemu głosowi gospodarza w głąb opowieści... Od czasu do czasu o coś zapytać, odpowiedzieć, przytaknąć, zaprzeczyć... ale głównie: milczeć nie przerywać potoku słów. Człowiek taki jak ten może wiele nauczyć, uświadomić, zadać pytania, o których niekiedy nie ma się czasu pomyśleć. Teraz jest czas: czas, aby się wyciszyć i wsłuchać w słowa mędrca. I to mędrca prawdziwego - tego, który sam wciąż szuka, wciąż pyta i próbuje znaleźć odpowiedzi, który uczył się przez doświadczenia... i który nie zdaje sobie sprawy ze swojej wartości: Cóż, nie byłem kimś takim, kto wart byłby pamiętania*.

Myśliwski zaprasza nas w podróż w przeszłość i to przeszłość subiektywną, bo opowiedzianą z punktu widzenia jednego człowieka, przesianą przez jego ludzką, a więc zawodną pamięć. W jej zakamarkach odnajdujemy wspomnienia lat dziecięcych i szkolnych, młodości, pierwszej pracy, pierwszej miłości. Wszystko to przemieszane, nieuporządkowane, ale czyż nie tak właśnie funkcjonuje nasza pamięć? Dzieciństwo zniszczone przez wojnę, młodość, która utraciła swą niewinność (do której pasuje tylko brązowy, pilśniowy kapelusz...) widziane z dystansu dojrzały mężczyzna, zdawałoby się: u kresu wędrówki, patrzy na drogę, którą przebył. Jest to więc powieść o człowieku, czy raczej o ludziach w ogóle: o ludzkiej naturze, pamiętaniu, ale także o przypadku, przeznaczeniu i... muzyce, która staje się sensem życia. To również niezwykle subtelnie opowiedziana historia o porozumieniu, budowaniu więzi między ludźmi o łuskaniu fasoli... Kiedy w pewnym momencie oburzony gospodarz mówi: Nie ma pan do mnie zaufania? No, a przyszedł pan do mnie po fasolę!*, nie mamy już wątpliwości, że z pozoru tak prozaiczna czynność, jaką jest łuskanie fasoli, w powieści Myśliwskiego nabiera głębokiego sensu, zyskując charakter metafizyczny. Staje się czymś intymnym, wiążącym dwóch zupełnie obcych ludzi, którzy nagle, w zupełnie niezrozumiały sposób, stają się sobie bliscy. Ale takie wytłumaczenie nie zgłębia całej treści, jaką autor zawarł w tej czynności, bo dla bohaterów powieści jest ona przede wszystkim dowodem istnienia: Łuskamy fasolę więc jesteśmy. (...) dopóki łuskamy fasolę, nie musimy się potwierdzać*. Czym więc tak naprawdę jest łuskanie fasoli? Możliwości interpretacji jest chyba wiele, a droga do nich otwarta...

Myśliwski wykłada nam wielkie prawdy o życiu, świecie, człowieku. W jego ustach jednak nie brzmią one jak truizmy. Nie narzuca ich, nie jest napastliwy, daje swobodę, prawo do myślenia. Język, jakim się posługuje, jest prosty, szczery i naturalny. Forma monologu, swego rodzaju gawędy, jaką przybiera ten niezwykły traktat, zawiera w sobie momenty ciszy są to pauzy, które możemy, jeśli tylko zechcemy, wypełnić własnymi myślami, odpowiedziami, pytaniami, wątpliwościami... Dlatego właśnie, kiedy gospodarz rzuca od niechcenia retoryczne pytanie: I co, warto było przychodzić?* - można z czystym sumieniem odpowiedzieć: Warto...



---
* Wiesław Myśliwski, "Traktat o łuskaniu fasoli", wyd. Znak, 2006.

Dialog w formie monologu

Osobie, która nie umiała ze mną rozmawiać, powiedziałem kiedyś, że dla niej najwyższą formą dialogu jest monolog. Uważałem to za zgrabny paradoks. Uwielbiam paradoksy. Nie sądziłem, że już niebawem życie dopisze do tego paradoksu literacką pointę. I znów zazdroszczę, że nie za moją sprawą...

Wiesław Myśliwski publikuje rzadko, ale smacznie. Dwie jego ostatnie powieści "Widnokrąg" i "Traktat o łuskaniu fasoli" - ukazały się w odstępie 10 lat i obydwie otrzymały nagrodę Nike: w 1997 i w 2007 roku. To jedne z nielicznych nagród, które nie wzbudziły zbytnich kontrowersji wśród czytelników po prostu Myśliwski był bezdyskusyjnie najlepszy

W "Widnokręgu' autor opisuje niełatwe dzieje kraju poprzez ukazanie losu jednej rodziny w jednym miasteczku. Zresztą świat wsi i małych miasteczek to sceneria obydwu powieści Myśliwskiego, który sam z takich środowisk się wywodzi i zna je świetnie. Jednak "Traktat" wchodzi w głąb, scenerię akcji zaznacza tylko pretekstowo i za teren działania przyjmuje mocno zawężony obszar duszy bohatera, jego pamięci i odczuć.

Bohatera? Narratora? Czy może bohaterów? Oto jest pytanie Bo czy w ów jesienny wieczór do domku nad jeziorem, wśród lasu pełnego grobów, w ogóle ktoś wszedł i zapytał o fasolę do sprzedania? A może Ktoś jednak się pojawił?

Narracja przedstawiona jest w formie monologu, zawierającego także odpowiedzi na pytania i polemiki z wypowiedziami gościa, zawsze w formie mowy zależnej. Gospodarz próbuje dociekać, kim jest gość, który stale mu się kojarzy, przypomina wszystkich i nikogo, zna się na wielu sprawach ma nawet intuicyjną wiedzę o tak specjalistycznej rzeczy, jak łuskanie strąków fasoli. Jednakże dywagacje te nie przynoszą rezultatu, co więcej bezustannie sprowadzają go na manowce, wywołując błądzenie po skomplikowanych meandrach własnego życiorysu. Opowiadanie jest achronologiczne, w zasadzie koleje losów bohatera ukazują się nam dopiero po przeczytaniu całości, nie odpowiadając rzecz jasna na szereg pytań i niedomówień (historia pana Roberta, napisy na tabliczkach nagrobnych, Ksiądz-Spawacz, opowieść człowieka z kapeluszem w kawiarni, dualistyczny opis pacyfikacji wioski, problemy z wychodzeniem na zdjęciach), które wymagają intelektualnej współpracy czytelnika. Ich interpretacja nie wiadomo, czy prawidłowa być może pozwoli zrozumieć lub nie kim w zasadzie są osoby w nocy w domku nad jeziorem łuskające fasolę

Ale czy to zrozumienie jest w ogóle konieczne? Czyż nie nauczyliśmy się żyć w świecie, którego budowy i instrukcji obsługi nigdy tak do końca nie poznamy? Czy wiedza o tym, kim jest nasz rozmówca nie jest równie trudna jak wiedza o tym, kim jesteśmy my sami? I wreszcie - czy za pomocą dialogu - który i w naszym życiu często bywa monologiem, niekiedy po prostu rozpisanym na dwa lub więcej głosów jesteśmy w stanie opisać świat lub nawet tylko własne życie?

Podziwiam kunszt pisarski starego mistrza, bezbłędnie operującego słowem na chybotliwym rusztowaniu misternej konstrukcji, chwiejącej się w porywach wiatru historii. Myśliwski opisuje historie małe, których suma tworzy tę prawdziwą historię narodu, umęczonego przez politycznych fornali Historii Inną niezwykłą cechą tej książki - księgi przypadku i przeznaczenia, jak głosi nadtytuł - jest sposób pisania, najbliżej oddający język mówiony. Bo przecież mówiony i pisany to zupełnie inne rodzaje języków. Jeśli mówimy językiem pisanym brzmi sztucznie, jak urzędniczy soc-barok bohaterów "Rejsu". Jeśli piszemy językiem mówionym brzmi prymitywnie. W "Traktacie" Myśliwskiego mamy do czynienia z jedną wielką wypowiedzią. A więc jest to język mówiony. Ale przecież opublikowany w książce. A więc pisany. Kompromis, zaproponowany przez autora, wydaje się niezwykle trafny.

Osoby, które porozumiewają się z otoczeniem za pomocą monologu, mają zwykle charakter despotyczny czy też rozpaczliwie chcą się powiększyć kosztem pomniejszania innych. Bohater "Traktatu" podobnie. To on ustala reguły i przepisy w niewielkim osiedlu domków campingowych, których pilnuje pod nieobecność właścicieli, rozkazuje im, zakazuje i nakazuje, bezceremonialnie wchodzi do domów, stwarza wrażenie, że jest wszędzie i nigdzie zarazem. Ale w rozmowie z przybyszem, nad strąkami fasoli, jest niezwykle układny, spowiedź ze swego życia rzadko i bez wiary w skuteczność przerywa pytaniami na temat tożsamości swego interlokutora. Gdy ten nie odpowiada nie protestuje, jest z tym jakby pogodzony.

Jest?

Baśń o zwyczajnych ludziach

Po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy (może to już lata upłynęły?) czytałem książkę, od której nie mogłem się oderwać. Żałowałem, że trzeba już iść spać. Żałowałem, że kończę śniadanie, że kończę obiad, przy których czytałem. Że trzeba zająć się czymś innym. Wiesław Myśliwski napisał powieść, która wywiera ogromne wrażenie na czytelniku. Przewracam kartki bez pośpiechu, a jednak treść w jakiś magiczny sposób umyka zbyt szybko. I nagle zbliżam się ku końcowi. Z ogromnym żalem. Dlaczego tak krótko? Dlaczego to już koniec? W ubiegłym roku przeczytałem mnóstwo recenzji tej powieści. Najpierw śledziłem z uwagą, jakie utwory są nominowane do Nike, potem, kto wygrał. Ale recenzje nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia. Nie zachęciły mnie do czytania. Bałem się monologu. W dodatku metafizycznego. Cóż za zachęta! Wręcz przeciwnie. To odstręcza. Nie warto. Wyobrażałem sobie, że to musi być wyjątkowo nudna pozycja. Jakże to! Bez dialogów? Pewnie autor nurza się w opisach przyrody, krajobrazów, psychologii postaci. Pisze o własnych wrażeniach. To nie może być ciekawe. Jednak kupiłem. Ciekawość zwyciężyła. Czym się zasugerowałem? No cóż, oczywiście nagrodą Nike.

Uważam, że jest to wyjątkowa literatura. Jedna z najlepszych polskich książek ostatnich lat! Książka tragiczna i niezwykle mądra.

Wiesław Myśliwski posłużył się bardzo ciekawą formułą opowieści przy łuskaniu fasoli opowiedzianej przypadkowemu, nieznajomemu człowiekowi. Aczkolwiek każda inna rama dla wspomnień narratora byłaby pewnie równie ciekawa. Każda magiczna rama Chodzi o wspomnienia. A one dotyczą wielu, wielu lat. Ogarniają Polskę od drugiej wojny światowej, przez pierwsze powojenne lata, stalinizm, PRL. Dotyczą wielkich społecznych i politycznych wydarzeń, ukrytych między wierszami, ale także drobnych zdarzeń, które pokazują tragizm i traumę. Myśliwski z wielkim nasyceniem emocjonalnym, przynajmniej ja tak to odbieram, opisuje, jakie piętno wojna i stalinizm wywarły na ludziach. W jaki sposób zostali naznaczeni i jaki to miało wpływ na ich życie. Jak zwichrowało ich uczucia, stosunek do innych ludzi, do świata. Także, jak PRL zmiótł wszystko, co było przed wojną. Może autor bardziej się skupia na tragediach ludzi zwyczajnych niż na aspekcie społeczno-politycznym, ale pasuje to do formuły powieści, która wynika z punktu widzenia właśnie zwyczajnego, nawet prostego mężczyzny, szarego bohatera tamtych czasów. Z jego ust płyną zwyczajne słowa, bez podniecenia, ale z jakimś emocjonalnym akcentem, którego podstaw nie potrafię uchwycić. Może odbieram to tak, bo jako czytelnik, który jedynie trochę pamięta stan wojenny, czasy te znam jedynie właśnie z książek, opowieści rodzinnych czy rocznicowych wspomnień w prasie. Może taki był cel Myśliwskiego?

Narrator nie jest przywiązany w swojej opowieści do ciągłości czasu. Obierając fasolę w towarzystwie mężczyzny, który przyszedł do niego trochę fasoli kupić, przypomina sobie poszczególne fragmenty życia. Jedne odchodzą, inne przychodzą. Poszczególne części opowieści obijają się o siebie, wydarzenia jednego fragmentu kojarzą się z innym fragmentem.

Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie mały domek, prawie stróżówkę. Pewnie półmrok. Psy śpią obok, ich senne pomruki, warknięcia wprowadzają nastrój spokoju. Brak odgłosów cywilizacji. W pobliżu szumią drzewa, gdzieś niedaleko o brzegi obijają się fale. Nikomu donikąd się nie śpieszy. Siedzimy naprzeciwko siebie. Może napijemy się herbaty? Przychodzą do głowy, cisną się na usta jakieś wspomnienia, skojarzenia Nasz słuchacz kogoś nam przypomina. Jego rysy twarzy, może oczy, może fragmenty ubrania. Czasem podnosimy wzrok znad fasoli. Pada na wielekroć, codziennie oglądane pomieszczenie. W towarzystwie tego obcego, ale już nieobcego towarzysza, którego ręce zabrudziły łuski fasoli, jakieś szczegóły otoczenia przypominają nam nasze życie. Wydobywają z pamięci obszary dotąd niewydobyte, dotąd nieopowiedziane. A że były dotychczas ukryte, a że nie stać nas już na podniecanie się własnymi wspomnieniami, snujemy baśń. Jak to możliwe, że jest tyle magii w zwyczajnych słowach? To towarzystwo lasu? Może ten uspokajający szum wody? Czy Myśliwski świadomie wybrał dla swojej opowieści takie magiczne otoczenie? Przypomnijmy sobie, kiedy najlepiej było bajać? Ach, właśnie! Okoliczności! Jak nazwać tę magię? Może iskierki ochoczo skaczące w kominku? Może ciepły piec? Może ciepłym koc i ogromny fotel? Może śnieg za ozdobionym mrozem oknem? Może ganek wiejskiego domu, a wokoło cykające świerszcze? Tak, okoliczności, otoczenie! Myśliwski podszedł nas od strony dzieciństwa! Dorzucił las, wodę, przygodnego słuchacza. I baje. Ale to nie łagodna bajka z pięknym morałem. To koszmar wojny, lat powojennych. Tyle że ten koszmar wcale nie musi być wydobyty na światło dziennie. Ile z tego zrozumiemy, zależy tylko od nas. Jak w bajce

Zwróćmy uwagę na dwa fragmenty. Moim zdaniem obrazujące właśnie styl autora. Zwyczajne wspomnienie. Zwyczajny monolog. Ale ile ukrytych tragedii, ile ukrytych znaczeń! Pierwszy opowiada o ukrywaniu się bohatera w dole na kartofle, czymś na kształt lepianki, po tym, jak matka wysłała go po koszyk kartofli: Byłem już prawie pod drzwiczkami, został mi ostatni schodek, gdy nagle usłyszałem strzały. Przywarłem okiem do szpary w drzwiczkach i zobaczyłem żołnierzy, biegali, krzyczeli, oblewali z kanistrów dom, stodołę, chlewy. () przykuliłem się aż do kolan, przymknąłem oczy, przycisnąłem dłońmi uszy i tak siedziałem, nie słysząc, nie widząc. () Wyobraża pan sobie, zasnąłem. () No, a gdy się potem zbudziłem, śnieg już wszystko przysypał. () Nagle śnieg u góry zachrzęścił, zaskrzypiały drzwiczki i smuga światła wpadła aż na dno. Nie było mnie w niej widać, bo, jak powiedziałem, siedziałem pod bokiem na grąbie kartofli. () W pierwszej chwili pomyślałem, czyżby Jagoda, Leonka? Też miały dziewczęce głosy. () I nie było rady, musiałem okazać się żywy[1]. Ile tragedii dla dziecka, w ogóle tragedii wojennej, rodzinnego koszmaru można wysnuć z tych zwyczajnych słów, niedopowiedzeń Kolejny fragment to scena ze sklepu kapelusznika, według mnie fenomenalna, wielka, która opisuje słowami przedwojennego sprzedawcy kapeluszy, obecnie upaństwowionego, zmiany wprowadzone przez stalinizm: Tylko że to nie jest sklep. A już na pewno nie z kapeluszami. Przed wojną miałem sklep z kapeluszami. O, gdyby pan tak przyszedł do mnie przed wojną () Kapelusz, o, jest, co jest, a klientów też już nie ma. Wszyscyśmy lud pracujący miast i wsi. A już brązowe, pilśniowe, nie pamiętam, kiedy były. () Co dzisiaj wiadomo? Że słońce jutro wstanie, to jeszcze wiadomo. () A dzisiaj przemysł ciężki jest na pierwszym miejscu, kapelusze produkcja uboczna. () Sklep państwowy, a ja własny towar sprzedaję. I to przedwojenny. Niechby tak odkryła to kontrola. Na szczęście nie mają tu co kontrolować. Zwykle każą tylko protokół podpisać, że kontrola się odbyła, stan taki a taki, uchybień nie stwierdzono. () Mimo że jeszcze przed tamtą wojną, będąc mniej więcej w pańskim wieku, pracowałem jako subiekt w sklepie z kapeluszami. Od kapeluszy, żeby tak powiedzieć, zaczynałem życie i na kapeluszach kończę. W tym dwie wojny światowe. Wydawać by się więc mogło, że co do kapeluszy, wiem wszystko. Otóż okazało się, że nie wiem. I niech pan mi uwierzy, młody człowieku, tę mądrą lekcję niewiedzy zacząłem pobierać dopiero, kiedy mi sklep upaństwowili. Zostałem w ten sposób ukarany, iż śmiałem uwierzyć, że wiem[2]. Przejmujące, nieprawdaż? Tym bardziej, że w tym długim monologu kapelusznika, którego nie sposób zacytować w całości, opowiada on o sztuce sprzedaży kapeluszy, sztuce noszenia, wkładania, zakładania, kłaniania się, rozpoznawania charakteru i zawodu ludzi po noszonych kapeluszach. A konkluzją jest okaleczenie tej sztuki przez nowy ustrój.

Ludzi, których na swojej drodze spotyka narrator, okaleczonych przez wojnę i komunizm, będzie mnóstwo. Starych i młodych, kobiet i mężczyzn, dorosłych i młodzieńców, pamiętających lata przedwojenne i urodzonych w czasie wojny lub tuż przed. Wszyscy z piętnem. Wszyscy rozdygotani. Wiesław Myśliwski dotyka wszystkiego. Ale tylko dotyka. Z ogromną delikatnością z jednej strony, a z drugiej z naciskiem, wskazuje na najważniejsze problemy tamtych czasów. Przemyka się swoją opowieścią po spaleniu w czasie wojny wsi, oglądanym oczami dziecka przez szparę w drzwiach lepianki. Snuje baśń o nieszczęśliwej a pięknej partyzanckiej sanitariuszce dziewczynie kąpiącej się samotnie w leśnych stawach i rzekach, podglądanej wygłodniałymi oczami leśnych żołnierzy. Nie ocenia nieszczęśliwych, złych, zbuntowanych adeptów nowego ustroju powojennych sierot wychowywanych i przyuczanych do zawodu przez komunizm. Co nam na każdym kroku Myśliwski sugeruje? Czy nachalnie wkłada do głowy po prostu opowieść o tragediach, braku miłości i jej potrzebie? Czy płacze nad upadkiem ludzkich związków? Kogo oskarża? Wojnę? Świat? Ludzi? Boga?! Polskę wreszcie? Nagle okazuje się, że zgodnie z rytmem baśni bohater ma talent. Właśnie, do przetrwania w tym okrutnym świecie potrzebny jest talent. Narrator jest muzykiem. Talent objawia się jeszcze we wczesnym dzieciństwie za sprawą stryja (też postaci tragicznej) i darowanych organek. Ale ile takich talentów zatracono? Na szczęście talent muzyczny to zdolność do przetrwania. W baśni bohater dostałby od wróżki jakiś magiczny przedmiot. Ale, tak czy inaczej, ten prawie baśniowy atrybut pomaga mu przetrwać kolejne przemiany losu, związane z budową Polski Ludowej. Niby normalny obraz zakład produkcyjny, budowa, baraki, wódka i karty nocami. Ale, jak w baśni, wyłaniają się magiczne postacie. Magazynier okazuje się wielkim muzykiem, który obdarowuje naszego bohatera czymś przez niego wymarzonym, spawacz to niedoszły ksiądz, pełna uroku, świergocząca jak skowronek panna Basia później snuje się po fabrycznym krajobrazie jako upiór miłości, gospodyni - nienasycona w erotyce, spragniona męskich ramion. Tacy właśnie ludzie towarzyszą narratorowi w wywiązywaniu się z kolejnych planów produkcyjnych. Talent muzyczny prowadzi go przed oblicza partyjnych bonzów, ukrytych za karnawałowymi maskami. Następnie kieruje jego kroki za granicę, gdzie spotyka bardzo tajemniczego pana Roberta. I z nim wiąże losy bohatera, który jakby obszedł całą Ziemię dookoła wraca w miejsce, z którego wyszedł.

Ale to nie koniec. Baśń przynosi coś jeszcze. Powracający bohater jest kimś absolutnie innym niż ludzie go otaczający. Zmieniła go przeszłość? Zwróćmy uwagę, co mówi o otoczeniu, jak stara się dokładnie wywiązywać ze swoich obowiązków, jak traktuje zwierzęta, ludzi, jak reaguje na krzywdę.

Uroczo bajarz przerywa kolejne opowieści, potem do nich wraca. Opowiada o lesie, bliskich mu psach, świni traktowanej jak członek rodziny, rzece Ale, jak to w baśni, potrafi autor nadać narracji tajemniczości. Choćby niezwykle magiczne kawiarniane spotkanie. Wyobraźmy sobie: obcy sobie ludzie spotykają się na obczyźnie na ulicy wydają się sobie znajomi i idą razem na kawę baśń powinna przynieść konsekwencje tego niezwykłego spotkania, a tu nic z tego autor dalej snuje opowieść, dając możliwość poznania kolejnych losów zwyczajnych-niezwyczajnych ludzi. A może właśnie w tym jest magia? W zwyczajnych losach? Albo spotkanie uzdrowiskowe. Równie dziwne, zagmatwane

W opowieściach o lesie, rzece, wsi Myśliwski daje swemu bohaterowi rys człowieka niezwykle mądrego mądrością ludową. Obrazuje to jeden z moich ulubionych fragmentów: Ale miód pan chyba lubi? To dam panu słoik w prezencie. () Mam swój, nie kupowany. Tu, z brzegu lasu, może widział pan, stoi kilka uli, to moje. Z tych kilku, jeśli rok jest miodny, zbiorę nieraz miodu a miodu. () Z paru lat mam miód, taki wystany najlepszy. () Dzieci powinny jeść miód. Najlepiej jednak miód pić. Jak? Łyżeczkę od herbaty miodu zalewa pan rano pół szklanką lekko ciepłej wody. I niech tak stoi do następnego rana. Wciska pan połówkę czy ćwiartkę cytryny, zamieszać i wypić na czczo, co najmniej pół godziny przed śniadaniem. Jeśli za zimne, dolać ciut gorącej wody. Samo zdrowie. Na serce, na reumatyzm. Miód na wszystko jest dobry. Nie będą pana przeziębienia łapać. () A jaki pan woli, wrzosowy czy spadziowy? Spadziowy iglasty, nie liściasty, aż czarny i znacznie lepszy. () Ja najbardziej lubię gryczany[3]. Próbowaliście? Ja od przeczytania tego fragmentu tak robię. A najbardziej lubię spadziowy.



---
[1] Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, wyd. Znak, 2007, str. 222, 223, 231, 232.
[2] Tamże, str. 307, 308, 309, 310, 317.
[3] Tamże, str. 11-12.

Żyjemy w tym, co opowiedziane

Traktat o łuskaniu fasoli jest jedną z tych powieści, w przypadku których nie zadziałało u mnie fundamentalne prawo czytelniczej przekory, brzmiące: im więcej w prasie entuzjastycznych recenzji, tym mniejsze szanse, że książka mi się spodoba. Nie zadziałało, bo po pierwsze, nie spotkałam jeszcze utworu Myśliwskiego, którego bym z czystym sercem nie oceniła przynajmniej na mocną czwórkę, a po drugie, najlepszym prognostykiem satysfakcji są dla mnie pozytywne oceny choćby dwojga czy trojga biblionetkowiczów, byle tylko tych, z którymi łączą mnie podobne gusta i podobny rodzaj wrażliwości. Tak się jednak złożyło, że po wypożyczeniu Traktat przeleżał na półce (o zgrozo!!!) blisko miesiąc, ustępując miejsca najpierw powtórkom z klasyki, a potem paru lżejszym pozycjom czytanym w celach relaksowych. Aż wreszcie nadszedł moment, gdy uznałam, że mimo chwilowego braku pociągu do poważniejszej literatury muszę go w końcu przeczytać, bo wstyd odwlekać wizytę w bibliotece o kolejny tydzień.

Zaczęłam i gdyby to tylko było możliwe technicznie, nie odłożyłabym prawie czterystustronicowego woluminu przed zatrzymaniem wzroku na ostatniej kropce. Ale właściwie dlaczego tak mnie ta lektura wciągnęła? Bo przecież nie ma tu fabuły, w którą człowiek rzuca się na oślep i przedziera przez nią z wypiekami na twarzy, nie mogąc się doczekać no-i-co-będzie-dalej???! Właściwie, szczerze mówiąc, prawie żadnej fabuły nie ma ot, siedzi sobie pewien dość posunięty w latach, jak się dowiemy z pierwszych fragmentów jego opowieści człowiek i pilnuje ośrodka wypoczynkowego, a że siedzi sam jak palec, nie licząc dwóch psów, z ochotą wita okazję do konwersacji i przypadkowemu gościowi, od słowa do słowa, opowiada całe swoje życie.

Narrator, tak zresztą jak i jego rozmówca, nie ma imienia ani nazwiska możemy w przybliżeniu ocenić jego wiek, wnioskując z chronologii opowiadanych przezeń wydarzeń, możemy spróbować się domyślić, skąd pochodzi (rzeka Rutka może być całkiem fikcyjna, walki partyzanckie i pacyfikacje wsi miały miejsce w kilku regionach kraju, ale ser z miętą[1] to potrawa specyficzna, jak mi się zdaje, dla Kieleccczyzny przynajmniej nigdzie indziej nie spotkałam osoby, której by napomknienie o tym moim ulubionym specjale nie dziwiło) i gdzie za granicą zarabiał na życie (kraj pełen zamków, katedr i muzeów to najpewniej Francja, a staroświecka kawiarnia, w której ongiś siadywało mnóstwo znanych osobistości, włączając w to specjalistę od odczytywania snów, ani chybi musiała się znajdować w Wiedniu) i to wszystko. Ale i te skąpe realia mogą być tylko kwestią umowną, bo tak naprawdę losy bohatera mogłyby się toczyć w prawie każdym z krajów środkowo-wschodniej Europy, doświadczonych najpierw wojną, a potem próbami budowania nowej rzeczywistości. Historia jest w tle, ale to nie ona gra tu główną rolę, tylko jakież to banalne! człowiek i jego los. Cóż więc jest takiego wyjątkowego w monologu starego elektryka, muzyka i stróża w jednej osobie?

Przede wszystkim uniwersalność ludzkich doświadczeń i refleksji. W pozornie chaotycznym potoku słów Narratora typowym strumieniu świadomości, w którym jedna scena przyzywa drugą, o wiele wcześniejszą lub późniejszą, jedno skojarzenie staje się początkiem ciągu kilku następnych kryje się mnóstwo tematów i podtematów, do których analogii możemy szukać w całej nieomal liczącej się światowej literaturze, a może i w naszych własnych przemyśleniach i wspomnieniach. Czegóż tu nie ma!

Jest pochwała życia prostego, w zgodzie z naturą i z ustalonymi od lat rytuałami takimi, jak przygotowanie do wieczornego łuskania fasoli (Łuskanie fasoli zaczynało się zawsze od światła. (...) Przygotowywanie lampy stanowiło jakby uwieńczenie dnia (). Pewnie nawet rodzaj dziękczynienia, że się znów dzień przeżyło[1]) i jest ubolewanie nad zmianą świadomości następnych pokoleń (Drzew nie znają, dębu od buka nie potrafią odróżnić. A już taki grab, jawor, szkoda mówić. Żyta od pszenicy nie potrafią, pszenicy od jęczmienia[2]).

Jest opisanie tragedii człowieka, na którego oczach unicestwiono cały jego świat zabito bliskich i sąsiadów, spalono domy i który, wyrwany raz na zawsze z dotychczasowej normalności, nie jest w stanie do żadnego miejsca się przywiązać[3], wierząc, że takiej możliwości nie ma, żeby było gdzie wrócić[4], a równocześnie doświadcza uczucia właściwego wszystkim wykorzenionym, bez względu na to, jakie były powody tego procesu. Narrator wspomina: Za granicą, gdy się w las wybrałem, obcy las, obce drzewa, obce krzaki, ścieżki, ptaki obce, a też mi się wydawało, że tutaj po lesie chodzę, tutejszymi ścieżkami, tutejsze drzewa mijam, tutejsze ptaki słyszę[5] a mnie od razu przypomina się emigrant z własnej woli, Oliveira z Gry w klasy: W Paryżu wszystko było dla niego Buenos Aires i odwrotnie[6].

Jest zawarte tylko w dwóch króciutkich, ale wymownych epizodach - przedstawienie destrukcyjnej siły wojny, przeistaczającej zwykłych ludzi w maszyny do zabijania tamtych jednemu, jak dziadkowi Narratora, frontowe przeżycia odbierają tylko zdolność śnienia, innemu, jak ojcu nieznajomego z kawiarni, nie pozwalają dalej żyć

Jest ukazanie mechanizmów zniewolenia i poniżenia człowieka przez system głoszący sprawiedliwość, a oparty na kłamstwie i donosicielstwie poprzez postacie nauczyciela muzyki, tego z planowania[7], anonimowego uczestnika balu maskowego.

Jest zaduma nad ludźmi tak bardzo pragnącymi bliskości, a jednak nie potrafiącymi nawiązać z kimkolwiek poprawnych relacji jak Narrator i pan Robert.

Są rozważania o porządku świata, o przemijaniu, o pamięci, o wolności cytaty aż się pchają pod palce, lecz gdyby chcieć je wszystkie przytoczyć i skomentować, nie starczyłoby miejsca w prezentacji maturalnej, a cóż dopiero w recenzji

Ale przede wszystkim jest Traktat wykładem życiowej mądrości z punktu widzenia prostego człowieka, który do wszystkich wypowiadanych tez i wniosków doszedł sam. Prozaik młodego pokolenia, Michał Olszewski, uważa to posunięcie za chybione. Bo jakże to, w usta elektryka i saksofonisty autor wkłada frazy rodem z filozofów XX-wiecznych[8]? Zwróćmy jednak uwagę, że Narrator nie jest tylko chłopkiem-roztropkiem, którego nauczono pisać, czytać, majstrować przy kablach i naciskać klapki instrumentu. Zdarzyło mu się bowiem spotkać na swej drodze kogoś, kto odkrył przed nim, że książki () to jedyny ratunek, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem. () Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi[9]. A skoro już trafił do tego wybranego świata, ma prawo przemawiać jego językiem i przypominać nam: to, co opowiedziane () ustanawia to, co było, jest czy będzie, nadaje temu wymiar, skazuje na nicość lub na zmartwychwstanie. I tylko to, co opowiedziane, jest jedyną możliwą wiecznością. Żyjemy w tym, co opowiedziane. Świat jest tym, co opowiedziane[10].

Trzeba dodać jeszcze, że autor ma doskonały słuch językowy. Niełatwo stworzyć mariaż literackiej polszczyzny i języka potocznego z naleciałościami gwarowymi na tyle udany, by w najmniejszym stopniu nie wydawał się sztuczny tak właśnie może mówić człowiek żyjący równolegle w dwóch różnych obszarach, z których jednym jest kraina słowa pisanego. Jakże łatwo sobie wyobrazić przygarbionego, siwego mężczyznę o pobrużdżonej twarzy, gdy pokrzywionymi przez reumatyzm palcami łuska kolejne strąki fasoli i snuje opowieść o przeszłości, co nigdy nie odchodzi, jako że ją wciąż od nowa tworzymy[11] I jak bardzo wymowne staje się w jego ustach twierdzenie, że jakie słowa, takie rzeczy, zdarzenia, myśli, wyobrażenia, sny i wszystko ()[12]

I jaka szkoda, że oto już ostatnia strona ostatnie słowo



---
[1] Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, wyd. Znak, Kraków 2007, s. 30.
[2] Tamże, s. 13.
[3] Tamże, s. 183.
[4] Tamże, s. 357.
[5] Tamże.
[6] Julio Cortázar, Gra w klasy, przeł. Zofia Chądzyńska, wyd. Mediasat Poland, Kraków 2007, s. 14.
[7] Wiesław Myśliwski, op. cit., s. 180.
[8] Michał Olszewski, "Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli", Gazeta.pl Kraków, 11.05.2006
[9] Wiesław Myśliwski, op. cit., s. 156.
[10] Tamże, s. 68-69.
[11] Tamże, s. 256.
[12] Tamże, s. 396.

Byt jako byt

Pusto, cicho i pięknie. Bliskość zalewu sprawia, iż w nozdrzach czuć przyjemną wilgoć. A absolutny spokój powoduje, że nawet najsilniejsza psychika poddaje się lekkiemu wariactwu. Dlatego pukam do drzwi. Światełko zauważone już wczoraj dodaje mi otuchy. Szczekanie psów sprowadza jednak na ziemię. Mężczyzna mówi coś niespiesznie, a miękkość jego głosu pozwala się zapomnieć. Chwileczkę, fasola? Czemu by nie? Nie pogardzę garścią fasoli...


Pokolenie

Już na samym początku okazuje się, że ja i bohater "Traktatu o łuskaniu fasoli" zdecydowanie się różnimy. Różnica ta jest dosyć istotna, bo pokoleniowa. Nie wpuściłabym do domu obcego, nie zaproponowałabym mu gościny, nie wdawałabym się z nim w osobistą pogawędkę. Cechuje mnie podejrzliwość stosowna do czasów, w których żyję. Może nieco śmiesznym i niewiarygodnym wydaje się fakt, iż ja i moi rówieśnicy jesteśmy w tak dużym stopniu nieufni, chociaż wychowywani pod kloszem rodzicielskiej opieki przetrwaliśmy czas końca PRL-u, który przecież i tak nie był najstraszliwszy w dziejach naszego kraju. Nasze rumiane buzie przyklejały się do szyb wystawowych, za którymi pełno było klocków lego, ślicznotek Barbie, wytwornych Kenów, superszybkich matchboksów. W takiej rzeczywistości trudno się jednak uodpornić. Podczas gdy my szczęśliwie wybieraliśmy, co chcemy znaleźć pod choinką, Jego pokolenie nie miało drzewka bożonarodzeniowego. Za to mali chłopcy chowali się w ziemiankach, uczyli się, jak przetrwać, do jedzenia mając jedynie surowe kartofle, albo mieszkając w lesie, próbowali znaleźć jak najlepszą kryjówkę przed nalotem bombowym, a z kawałka sznurka potrafili zrobić świetną zabawkę. To dziwne, że to pokolenie, doświadczone tak mocno przez wojnę i późniejszy system socjalistyczny, jeszcze w ogóle potrafi ufać...

Fasola już nie jest dostępna w tych stronach? Ale jednak ją łuskamy, więc zachowało się chociaż te kilka strąków. No tak, to pańska fasola...

Powroty

Starsze pokolenie naznaczone zostało nie tylko przez odejścia - bliskich, normalności, dzieciństwa, ale także powroty. Wydawałoby się, iż po wojnie bohater Myśliwskiego może powrócić do życia, do swojej młodości, ale jednak nie do beztroski. Szkoła, do której trafił, to karna kompania, tam uczył się nie geometrii czy geografii, ale tego, jak przetrwać, czym jest przyjaźń, jak walczyć z niesprawiedliwością i jak poddawać się z godnością. Tam też nabrał umiejętności, które stanowiły później trzon jego dwóch głównych zawodów: elektryka i muzyka.

W dorosłym życiu nasz bohater znowu wraca, znów do młodości - do wspomnień, miejsc, gdzie żył. Powraca nad zalew, patrzy na wodę niegdyś tworzącą wspaniałą rzekę, w której pobliżu mieszkał. Przybywając do kraju, który opuścił i przywołując na myśl dawne dzieje, duma nad swym życiem.
Myśliwski także dokonuje powrotu. W "Traktacie" wraca do czasów wojny, na wieś, do nieco nierealnej, sielankowej rzeczywistości, w której czuje się bezpieczny i pewny siebie. Powraca do wszystkich dawnych, znanych i lubianych elementów swojego autorskiego stylu.

Siedzę i łuskam. Łuskam i siedzę. I słucham. Tak, tak. Wiem, że dobrze mi idzie. Tak, wiem, że moje ręce się do tego nadają. Ale skąd Pan wie? Może mnie Pan skądś zna? Nie? Proszę dobrze się zastanowić.


Nieznajomość nieznajomego

Czy to przypadek rządzi naszą codziennością? Czy przypadek rządzi przypadkowym spotkaniem? Czy to właśnie przez przypadek poznajemy syna człowieka, który w ciężkich czasach omal nas nie zabił, lecz jednak darował nam życie?

Metafizyka u Myśliwskiego przenika wszystko - mały domek nad zalewem, szczekanie psów, zgrzyt myśli bohatera. Pokazuje nam, że życiem rządzą przypadki, ale całkowicie nieprzypadkowe.
Mężczyzny spotkanego na ulicy możemy nie znać. Lub uważać, że go znamy. Wtedy kłaniamy się, uśmiechamy, staramy się być mili i nie dajemy po sobie poznać, że nie pamiętamy, jak ma na imię. Czasami zapraszamy go do domu, chociaż jest właściwie nieznajomym. I może być dla nas kimkolwiek - przyjacielem z dzieciństwa, wrogiem ze szkoły, przypadkowym przechodniem. Może być nawet przestępcą, którego portret pamięciowy widzieliśmy. Nie obchodzi nas to, ciekawość wychodzi na plan pierwszy.

Drugoplanową kwestią jest, czy przybysz nas słucha i czy chce słuchać. Wtedy już na pewno znajdziemy adekwatne wspomnienia, nieco werwy, by je przedstawić i nawiążemy nić porozumienia. Znajdzie się nawet fasola do łuskania czy groch do obierania.

I choć trudno w to uwierzyć, można łuskać fasolę i podczas aktu spowiedzi. Spowiedzi niezbędnej i koniecznej dla człowieka naznaczonego piętnem losu. Z każdym strąkiem, każdym owocem wrzuconym do miski rozłupujemy nasze grzechy, wyłuskujemy to, co dobre i odrzucamy, co złe. Samo wyznanie występków wystarczy. Nie otrzymamy może rozgrzeszenia, nie od razu, ale poczujemy się lepiej. Będziemy wyzwoleni.

Krzyki lamentu i złości zagłuszą psy, a łzy połkną ziarna fasoli. My siądziemy wygodnie, przy zapalonych świecach w tym zabytkowych świecznikach kupionych gdzieś tam daleko, za pierwszą pensję i jeszcze trochę, jeszcze chwilę, jeszcze coś wyłuskamy.

Nie będzie to już przypadek, ale przeznaczenie.



[Tekst opublikowałam wcześniej na swoim blogu]

O fasoli i wszystkim

To był mój codzienny taniec z łopatą przy kopaniu mało istotnego rowu. Czasem rumba, czasem walc wiedeński, czasem przytulany w zależności od tego, czy ktoś patrzył. Partnerka mało wymagająca, toteż przymykała sękate oko na moje niedociągnięcia i drobne potknięcia, włącznie z ustawicznym deptaniem jej po pantoflu. Nasz związek był zgrany i może zbyt romantycznie do niego podchodziłem, bo kiedy ona pękła w trzonku, majster wręczył mi nową dziewiczą blondynę której chłodne drewniane ciało musiałem poznawać dłońmi od nowa. Wtedy zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie się angażuję, bo ta jasnowłosa również w końcu odejdzie (wszystkie odchodzą), a moja pasja tylko utrudni nam rozstanie. Cóż, taka praca bezstresowa i regularnie opłacana, ale bez miejsca na wrażliwe zrywy.

Wtem obok, przez jedyny w wiosce trotuar, przy którym miałem zaszczyt pracować, przechodził staruszek w zimie swojego życia. Powiedziałbym nawet, że dobiegającej końca zimie. W marcu swojego życia. Zagaił rozmowę. Odburknąłem coś i pomyślałem sobie nie chce mi się z tobą gadać, ty stary rupieciu (ech, ta dzisiejsza młodzież). Problem polegał na tym, że on nie chciał dialogu, bo jak sam przyznał, był trochę przygłuchy i prędzej zdołałby coś odczytać z ruchu moich ust niż cokolwiek usłyszeć. Rozejrzałem się kontrolnie, uznałem, że przerwa dobrze mi zrobi, oparłem spracowane dłonie na łopacie i zacząłem słuchać staruszka. Ten opowiadał mi swoje życie. W ogóle i w szczególe. Gdzie był w czasie wojny, jak rzucano go z jednostki do jednostki. Jak z nostalgią słuchał nielegalnych audycji radiowych. O tym, jak powodzie zalewały mu regularnie rodzinny dom, jak boso i z trzewikami w dłoni szedł przez wodę do szkoły, bo miał tylko jedną parę butów. Jak przeżył synów i wnuków. Obdarzyłem staruszka sympatią i z coraz większym zaciekawieniem słuchałem jego swobodnie snutej historii, skromnej i pozbawionej patosu. Kiedy po blisko godzinie powróciłem do pracy, wciąż myślami byłem gdzieś poza rowem. Wielokrotnie czytałem różnego rodzaju wspomnienia i sławnych, i anonimowych osób, ale nic nie odda tej magii bycia jedynym słuchaczem, dla którego ktoś całkiem obcy otwiera serce, wytęża pamięć i opowiada. Opowiada, wygłaszając zachwycający monolog, a my możemy skupić się na jego reakcjach, grymasach, gestach i dopełniających całości starczych zanikach pamięci, próbach przypomnienia sobie jakiegoś szczegółu, szklących się oczach. Ja byłem oczarowany, a smutkiem napełniła mnie dopiero zasłyszana niecały miesiąc później informacja, że staruszek umarł. Nadal lubię o sobie myśleć, że być może byłem ostatnią osobą, przed którą mógł się na tyle otworzyć. Dlaczego o tym piszę? Bo lektura Traktatu o łuskaniu fasoli jak żywe przywołała w moich wspomnieniach obraz i opowieść tamtego staruszka.

Wiesław Myśliwski nie pisze często. Ale gdy już coś napisze, to inni polscy pisarze zazwyczaj żegnają się z nagrodą Nike, a nawet jakieś europejskie wyróżnienie podobno wpadło. Nagrody jednak zostawmy krytykom i mediom, aby poczuli się ważni. My wyobraźmy sobie jesienną, leśną głuszę nad jeziorem. Stoi tam kompleks domków letniskowych, ze względu na sezon (lub raczej jego brak) opuszczonych i okrytych ciemnością. Tylko z okna jednego domku sączy się chwiejne światło rzucane przez samotny płomień lampy. To przy nim dwóch mężczyzn, rozmawiając, łuska nieśpiesznie fasolę. Takim oto sposobem mamy zarysowaną zarówno fabułę powieści, jak i rozwiązaną zagadkę intrygującego tytułu. Taki to ze mnie spryciarz.

A gdzie ten traktat? Otóż forma powieści oparta jest na monologu jednego z tych mężczyzn. Może nie brzmi to szczególnie zachęcająco, ale cóż to za opowieść, cóż za spowiedź! Swobodna, przeskakująca chyżo z wątku na wątek, lawirująca między nimi i odbiegająca jakby w boczną uliczkę, by przytoczyć pozornie mało istotną anegdotkę. Opowieść mieszająca chronologię bez jakiejkolwiek uszczerbku na przejrzystości i wybijania z transu czytelnika. Przedstawiająca liczne spotkania bohatera z różnego charakteru postaciami (niekoniecznie znaczącymi i jednakowo fascynującymi), ustępującymi następnie miejsca kolejnym, niczym krajobraz za oknem pędzącego piorunem pociągu PKP (cha, cha, no dobra, przesadziłem). Opowieść ciepła jak para rękawic zimą, gawędziarska, o pięknym i jednocześnie czytelnym języku. Aż ma się ochotę zakrzyknąć przyniosę więcej strąków fasoli i opowiedz nam pan coś jeszcze!.

Przyjemnie jest posłuchać kogoś mądrego, mającego coś ciekawego do powiedzenia. Ciekawe nie jest w tym przypadku tożsame z ważnym, zaskakującym i kontrowersyjnym, toteż nie spodziewaj się nagłych przebłysków geniuszu, otwierania trzeciego oka i sięgania do drugiego dna. Myśliwski w sposób lekki i miękki pisze o całym wachlarzu emocji oraz zagadnień i nawet rzeczy banalne potrafi pięknie wystroić w słowa (choć trudno ocenić, na ile poglądy bohatera podziela sam autor). Od wolności, szczęścia i wojny, poprzez sny i ich znaczenie, a kończąc na saksofonie, kapeluszach oraz książkach (oczywiście ich materialny aspekt jest tutaj najmniej istotny). Jak to przy męskiej rozmowie, nie mogło też zabraknąć tematu kobiet, pożądania, małżeństwa i kończącej wszystko zdrady. To oczywiście nie wyczerpuje listy poruszonych tematów, ale wymienianie kolejnych mija się z celem. Wszystkim wątkom z góry przyglądają się przypadek i przeznaczenie. To dwa naczelne zagadnienia Traktatu, a Myśliwski pomaga nam odróżnić jedno od drugiego. W rzeczywistości jedynie od nas zależy, czy po lekturze nie przestaniemy wierzyć w przeznaczenie, zrzucając wszystko na karb przypadku. Albo odwrotnie.

Czytelnicy są zachwyceni Traktatem o łuskaniu fasoli. Tęsknią za nim, pieszczą go, trzymają pod poduszką podczas snu. To powieść, od której trudno się oderwać, choć brak tam dynamicznej akcji czy wciągającej fabuły. I mimo faktu, że zapamiętam ją jako książkę zaledwie bardzo dobrą, cieszy mnie, iż na innych działa ona niczym błogosławieństwo, rozczula i wzrusza, otula ciepłem i poczuciem obcowania z czymś wyjątkowym.

No i stryj Jan ze swoim O, może nawet na tym dębie* zapadł mi szczególnie w pamięć.



---
* Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, wyd. Znak, Kraków 2010, str. 85.


Opinię zamieściłem wcześniej na blogu]


Recenzje ze strony BiblioNETka są opublikowane za zgodą serwisu.
Dodaj recenzję

Dodaj recenzję produktu "Traktat o łuskaniu fasoli"

Twoja ocena
Jednym zdaniem
Treść recenzji
Oświadczam, że jestem wyłącznym autorem publikowanej recenzji i nie narusza ona praw osób trzecich. Wyrażam zgodę na wykorzystanie recenzji przez Ravelo sp. z o.o. do celów promocyjnych.
Biorę udział w konkursie recenzji.
To top