Księgarnia internetowa Ravelo – tanie książki i wiele więcej
Księgarnia Ravelo – książki, ebooki, zabawki
Twój koszyk »
jest pusty
+1

Dodano:
sprawdź zawartość koszyka »

sprawdź
koszyk »
kontynuuj
zakupy »
promocja
Troje na huśtawce  - Książki
Google PlusFacebookPinterest
Wstaw obrazek na swoją stronę »
X<a href="https://www.ravelo.pl/troje-na-hustawce--natasza-socha,p100635896.html" title="Troje na huśtawce "><img src="https://www.ravelo.pl/pub/mm/img/220/100635896.jpg" alt="Troje na huśtawce - Książki"></a>

Troje na huśtawce

autor: Natasza Socha

wydawca: Edipresse Książkidata wydania:15 lutego 2018 oprawa: miękka liczba stron 300
śr. ocena: 5 z 9
Produkt aktualnie niedostępny.
Wydawca: Edipresse KsiążkiData wydania:15 lutego 2018 Oprawa: miękka, 300 stron
Pełny opis

Pełny opis książki – Natasza Socha "Troje na huśtawce "

Koralia ma czterdzieści dwa lata i czterdzieści dwa powody, by zmienić swoje życie. Oraz jeden dodatkowy, który wywraca jej świat do góry nogami. Tytus jest osiemnaście lat młodszy. Kiedy ona zdawała maturę, on własnie się rodził. I jeszcze jedno – jest synem jej najlepszej przyjaciółki. Co w życiu jest ważniejsze? Przyjaźń czy miłość? Czy naprawdę trzeba wybierać? „Troje na huśtawce” to współczesny romans obyczajowy, spisany w formie pamiętnika, opowiedziany z dystansem, ironią i dużą dawką emocji.

Jeśli przyjmiemy, że życie jest windą, która zatrzymuje się na każdym piętrze, a potem jedzie dalej, to wszystko można sobie bardzo prosto wytłumaczyć. Piętro z napisem małżeństwo zostało przeze mnie opuszczone, a ja znowu przesuwam się w górę.

Obecnie wysiadłam na poziomie romans z młodszym.

Dodatkowe informacje

Natasza Socha, Troje na huśtawce - fragment książki

Maj, może wtorek, może nie

Nigdy w życiu nie pisałam pamiętników, dzienników ani nawet nie prowadziłam zeszyciku dla przyjaciółek, które wpisywały tam swoje największe sekrety w stylu „czy kochasz go straszliwie, czy jednak z umiarem” lub „czy kiedy na niego patrzysz, twoje trzewia tańczą”. Ale teraz będę pisać. Bez dat, bo dat nie lubię, więc nakreślę tylko ogólnie dzień i miesiąc, aby mieć pojęcie, kiedy to się wszystko zaczęło, jak będzie przebiegać, zaznaczę też, że nie czuję się winna, bo jednak nikogo do niczego nie zmuszałam, a na wypadek mojej śmierci ten zeszyt będzie dowodem na to, że moje intencje były dobre, a ja sama – choć może nie jestem ideałem przyjaciółki – to jednak kocham cię, Aurelio.

Bardzo chaotyczny wpis – wiem.

Ale to dlatego, że pierwszy. Jak również dlatego, że chaos wepchnął się w moje dość ustabilizowane dotąd życie i zachichotał perfidnie, widząc, jak się miotam. Spróbuję jednak zamknąć go na chwilę w butelce po napoju aloesowym, który ma rzekomo cudowne właściwości zdrowotno-odmładzające (na co liczę) i spokojnie zacznę od początku. Z pominięciem dat, bo ich po prostu nie pamiętam, gdyż nie przywiązywałam wagi do konkretnych dni, bo wszystko zlewało się w jedną całość, a całość rozpadała się na drobne cząstki szczęścia przeplatane wyrzutami sumienia. Na pewno pamiętam jednak pory roku, wyznaczane nie tylko tym, co padało z nieba, ale też kwiatami, które dostawałam. Pierwsze były piwonie.

Nie, jednak muszę zacząć od początku. Wdech, wydech, cofanie się w czasie. Przekartkowuję ostatnie miesiące, przewracam kartki w kalendarzu i zastanawiam się, jak to możliwe, że jeszcze rok temu o tej porze… Niczego się nie spodziewasz, budzisz się w zwykły wtorek, po którym następuje jeszcze zwyklejsza środa, a długo wyczekiwany weekend również jest jakiś nudny. Oczywiście w żaden sposób ci to nie przeszkadza, czasem tylko buntujesz się w myślach, że nie jesteś księżniczką i nie wybierasz diamentów do kolii, tylko sery w supermarkecie i dyskretnie je wąchasz, bo lubisz te najbardziej śmierdzące. Idziesz do pracy, odbierasz telefony, pijesz kawę, zastanawiając się, kiedy zdążyła ostygnąć, a w ubikacji zsuwasz gumkę rajstop z brzucha na okolice bioder, bo strasznie cię uciska i masz na ciele dziwną czerwoną pręgę. Każdy dzień składa się z bardzo zwyczajnych fragmentów, pospolitych minut i godzin wypełnionych czymś, co nazywasz egzystencją.

Nie, nie mam depresji, nie łykam też żadnych ziołowych tabletek, po których moje endorfiny zaczynają tańczyć, po prostu stwierdzam fakty. Mam na imię Koralia, wiem, że dziwnie, ale dla równowagi jestem dość zwyczajna. Moja przyjaciółka ma na imię Aurelia, więc jeśli powiecie głośno Koralia – Aurelia, to już wiecie, że po prostu musiałyśmy się zaprzyjaźnić. Chociaż dzieli nas sześć lat, przy czym ja jestem młodsza, to jednak wcale nie odczuwamy tej różnicy wieku. Już nie. Bo w pewnym momencie ona po prostu znika. Kobiety trzydziesto- i czterdziestoletnia wyglądają podobnie, nawet jeśli ta druga ma kilka zmarszczek więcej, a skóra na dłoniach szybciej jej się przesusza. Podobnie jest z czterdziesto- i pięćdziesięciolatką. I tak dalej. W końcu wszystkie zasuszamy się w identyczny sposób i wtedy wkłada się nas między kartki książki, żebyśmy się nie pokruszyły na wieki wieków. Ale to jeszcze nie jest ten czas.

Mam czterdzieści dwa lata, Aurelia czterdzieści osiem, choć jeszcze nieskończone. Urodziła się dokładnie tego dnia, którego zmarł Hugo Henry Riemer (31 marca), amerykański działacz religijny, członek Ciała Kierowniczego Świadków Jehowy. Co prawda on zmarł cztery lata wcześniej, ale Aurelia mówi, że ważny jest dzień. Jestem przekonana, że nikt nigdy nie słyszał o Hugonie Riemerze, ale Aurelia zawsze wypowiadała to z powagą i skupieniem, i każdy wtedy słuchał, potakując, zupełnie jakby miał pojęcie, o kim ona mówi. W całym naszym życiu nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś powiedział: „nigdy o facecie nie słyszałem”, większość po prostu udawała, że absolutnie wie, kim był Hugo, i że jest on równie dobrze znany jak Johnny Depp. Byłam jedyną osobą, która zachichotała przy zwrocie Ciało Kierownicze Świadków Jehowy, i Aurelia od razu zrozumiała, że jestem kimś wyjątkowym. Dużo mamy ze sobą wspólnego. Podobają nam się te same rzeczy, nawet jeśli dla mnie Beverly Hills 90210 było serialem kultowym i bardzo na czasie, a dla Aurelii główni bohaterowie byli za młodzi i zbyt infantylni. Ona siedziała już w Melrose Place.

Ale znowu zaczęłam od środka, a przecież ta opowieść musi mieć swój początek, chronologię jakąś, która pozwoli wszystko dokładnie zrozumieć i może nawet stanąć po mojej stronie. W końcu to ja opisuję tę historię i mogę ją poprowadzić właśnie w taki sposób, żeby zasłużyć na współczucie i wsparcie, a Aurelia dostała trochę niższe noty.

Postaram się jednak być sprawiedliwa. W końcu to rodzaj spowiedzi, choć nie wiem, czy dostanę rozgrzeszenie. Ale jeszcze małe pytanie na początek. Co byście wybrali? Miłość czy przyjaźń?

 

Jest maj, wtorek jakiś tam, a ja dostałam od niego pierwsze piwonie. Moja babcia zawsze powtarzała, że piwonia to królowa wiosny i że była kwiatem Apollina. Według mitologii greckiej używał ich do leczenia ran wojowników walczących w wojnie trojańskiej. Mnie też piwonia uleczyła. Z marazmu i jakiejś niemocy kobiety czterdziestoletniej, której zaczęło się wydawać, że oddała swoje najlepsze karty i została jej tylko kareta z samych dwójek.

– Piwonia jest niesamowitym kwiatem. Wygląda jak puszysta kula, która rozkwita w pełnym słońcu. Nie lubi tłoku, pewnie dlatego, żeby nie zagłuszyć siebie samej – śmiała się babcia. W swoim ogrodzie miała piwonie niemal we wszystkich kolorach, chociaż ja najbardziej lubiłam takie bladoróżowe.

– Dla mnie? – spytałam w ten majowy wtorek, kiedy dostałam pierwszy piwoniowy bukiecik, choć było to raczej oczywiste, że dla mnie, skoro ktoś wciskał mi go do ręki, ale kobiety w każdym wieku potrafią zrobić z siebie idiotkę, nawet nieświadomie. Potem wyrzucają to sobie jakiś milion razy przed lustrem albo pod kołdrą, kompletnie niepotrzebnie, bo oprócz nich nikt o tym nie pamięta.

No i przepadłam.

Nie, jeszcze nie.

Przepadłam dużo później, ale te kwiaty, podarowane wtedy spontanicznie i bez żadnego podtekstu, miały w sobie jakąś magię. Jakąś zapowiedź i obietnicę. Nie czułam wprawdzie lewitowania żołądka, mój mózg pracował normalnie, a serce biło miarowo, a jednak coś się zadziało. I nikt na całym świecie nie potrafiłby mi wytłumaczyć, dlaczego właśnie ten dzień i ten moment okazały się przełomowe.

 

 

Jednak najpierw marzec, środa. Przeniesiemy się jakiś czas wstecz

 

To nie jest tak, że kiedy się zakochamy, niebo nagle się otwiera. To jest znacznie więcej. Ale nie sposób tego opisać, nie wpadając w banalny zachód słońca i nie potykając się o jelenia na rykowisku. Każda miłość jest różowa jak piwonie mojej babci, przynajmniej na początku. Z czasem niektóre z nich zakwitają niczym puszyste kule, inne więdną, a jeszcze inne gniją albo na zawsze pozostają pąkami.

Boże, jestem egzaltowana. To dopuszczalne, kiedy jest się nastolatką, ewentualnie do dwudziestego roku życia. Potem człowiek powinien okrzepnąć i zauważać w lakierowanym świecie również rdzę. Generalnie należę do osób, które wiedzą, gdzie zaczyna się granica miłosnego infantylizmu i raczej jej nie przekraczam. Ale być może nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji jak teraz. Mój mąż i ja byliśmy patologicznie nudni, a nasz związek dość przewidywalny. Teraz to widzę. Być może właśnie dlatego zdecydowałam się na brak chronologii w mojej opowieści. Do tej pory grzecznie przerzucałam kartki w kalendarzu, patrząc, jak mijają kolejne tygodnie, miesiące i lata, jak wigilie pojawiają się jedna po drugiej, coraz szybciej i szybciej, zupełnie jakby było ich więcej niż tylko jedna w roku. A potem kolejne urodziny i chociaż jeszcze czułam na podniebieniu smak tortu, to nagle okazywało się, że właśnie nadeszły następne. Kiedy? Jak? Trzydzieści dwa lata, zaraz potem trzydzieści pięć. I czterdziestka, niby przełomowa, ale chyba nie dla mnie. Nic się nie zmieniło, tylko czas ciągle przyspiesza. Kartki zaczynają same odrywać się od kalendarza, a ja nie nadążam z ich sprzątaniem. Kto włączył turbodoładowanie?

I dlatego opiszę to wszystko zupełnie inaczej. Po maju nie nadejdzie czerwiec, a po listopadzie grudzień. Im więcej namieszam, tym bardziej uda mi się oszukać czas. Raz będę mieć czterdzieści dwa lata, a zaraz potem osiemnaście. Czasem będę już po rozwodzie, czasem jeszcze przed. Właśnie skończę studia, a potem pojadę na pewne wakacje, od których wszystko się chyba zaczęło. Odnajdziecie mnie jednak w tej opowieści, bo tak naprawdę najważniejsi są w niej ludzie.

Aurelia.

Ja.

No i Tytus.

To może teraz przejdźmy do niego.

Aurelia ma syna. To, co nas ze sobą splotło na dłużej, to nie tylko nasze dziwne imiona kończące się na „lia”, ale również pewien status społeczny, status, w którym kobieta jest samotna, porzucona i potraktowana jak przedmiot. Aurelia rozstała się ze swoim partnerem jeszcze, gdy była w ciąży, a dokładniej mówiąc, rozstano się z nią, bo ojciec dziecka uznał, że to nie jest dobry moment na zakładanie rodziny. Ich wspólne życie pod jednym dachem trwało pięć miesięcy, trudno określić, czy to długo, czy nie, wszystko zależy od stopnia natężenia związku. A ten nie należał do zbyt udanych, wobec czego Aurelia pokiwała tylko głową i powiedziała „spierdalaj”. Niepotrzebny był ten związek, to narzeczeństwo na siłę i na życzenie obu rodzin. Ale Aurelia i ojciec jej dziecka mieli wtedy po dwadzieścia kilka lat, oboje kończyli studia i wpadka zaskoczyła ich bardziej niż piłkarskie zwycięstwo Algierii nad RFN w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim. Nie chcieli zakładać rodziny, choć Aurelia na samym początku ciąży oznajmiła, że dziecko urodzi. W końcu jednak uległa presji, przyjęła pierścionek zaręczynowy, ubrana w niebieską sukienkę i słomkowy kapelusz, a potem wszystko się posypało. Wprawdzie zamieszkali razem jako para i przyszła rodzina, ale ta struktura stworzona na siłę rozpadła się szybciej niż cząsteczka atomu. Aurelia powiedziała mi później, że chyba było to jakieś zrządzenie losu, że nie wzięła od razu ślubu.

– Wpadłabym po uszy. Cyrki z rozwodem, bo kto by go dał kobiecie w ciąży, cyrki z podziałem majątku i opieką nad dzieckiem. A tak przynajmniej wszystko poszło gładko i bez walki na noże.

Gdy ona decydowała się na bycie samotną matką, ja miałam osiemnaście lat i chociaż już się znałyśmy, to jeszcze nie było mowy o przyjaźni. Stałyśmy raczej w jej przedsionku. Ale to się miało już za chwilę zmienić.

A dokładnie dwa lata później, kiedy zostałam opiekunką jej synka.

Pamiętam, że od samego początku chciałam u niej pracować i kiedy powiedziała mi, że to świetny pomysł, byłam bardziej niż zachwycona. Skakałam z radości i piszczałam ze szczęścia. Mały był cudowny, jego matka również, zwłaszcza że na głowie miała tysiące warkoczyków. Podobno zrobiła je zaraz po rozstaniu, żeby odreagować stres i zmienić w sobie to, co najbardziej rzucało się w oczy. A rzucała się nijakość, tak przynajmniej uważała Aurelia. Więc poszła do właściciela sklepu Made in India, w którym tak mocno pachniało kadzidełkami, że zapomniała, po co przyszła. Wyszła jednakże odmieniona, bo właściciel, który miał na imię Karamjit, co oznacza zwycięzcę wszelkich przeszkód, wyczarował na jej głowie odmienność (miał afrykańską żonę, specjalistkę od warkoczyków) oraz wybrał imię dla syna, który jeszcze siedział w brzuchu.

Niestety, imię nie przeszło w urzędzie stanu cywilnego.

– Słucham?

– Akshay.

– Nie bardzo rozumiem, czy ojciec jest Hindusem? – spytała urzędniczka, wbijając w Aurelię zdumione spojrzenie.

Nie był. Ale ponieważ w ogóle już go nie było, więc równie dobrze mógł być Hindusem.

– To może Amul?

– A nie można prościej? Na przykład Adam?

Aurelia rozwinęła karteczkę i odczytała:

Adam – nudny i ma małego

Anatol – od urodzenia łysy i w pinglach, szuja

Arkadiusz – myśli, że wszyscy go lubią, a jest na odwrót

Arnold – mięczak i ciota

Benedykt – lamus okropny, pewnie ksiądz

Błażej – dziecinny i nudny, jeździ maluchem

– Mam czytać dalej? – spytała.

Urzędniczka zastygła na moment z rozchylonymi ustami, a potem odważyła się na sarkazm.

– Czy pani ma jakieś emocjonalne problemy?

Aurelia wypuściła nosem powietrze.

– Nie, po prostu nie podobają mi się polskie imiona. Chcę hinduskie. W przeciwnym razie mój syn nie będzie miał imienia.

Urzędniczka parsknęła dość rasowo, a potem wydeklamowała:

– Jeżeli przy sporządzaniu aktu urodzenia rodzice nie dokonali wyboru imienia dziecka, kierownik urzędu stanu cywilnego wpisuje do aktu urodzenia jedno z imion zwykle w kraju używanych, czyniąc o tym stosowną wzmiankę dodatkową.

Aurelia podskoczyła na krześle.

– Pani wybierze imię dla mojego syna?

– Tak, skoro według pani każde polskie imię kojarzy się z ciotą, mięczakiem albo małym członkiem, będę musiała jakoś pomóc.

– A nie może być Mohit? Albo Lahar?

Urzędniczka zignorowała kolejne hinduskie propozycje i zaproponowała Tomasza.

– Nigdy.

– Proszę pani, imiona należą do kultury narodowej, chociaż rzeczywiście czasem pochodzą z różnych stron świata. Znaczna ich część została jednak przyswojona przez język polski w wiekach średnich i późniejszych, co spowodowało, że stały się one wyznacznikiem narodowości ich nosicieli. Proszę dać dziecku normalnie na imię, a nie Kriszna. Pani syn nie powinien w przyszłości cierpieć tylko dlatego, że przeżywa pani chwilową fascynację Indiami. I co na to jego ojciec?

– Nie wiem. – Aurelia wzruszyła ramionami. – Zrzekł się praw, spakował i wyjechał, choć z pewnością nie do Indii.

– To może Tadeusz? Szymon?

– Tytus.

– Jak?

– Jak małpa.

– Wolę myśleć, że jak Tytus Akcjusz, rzymski jurysta i ekwita.

Aurelia wzruszyła ramionami, nie mając pojęcia, co oznacza słowo „ekwita”, a ja dwa lata później wzięłam na ręce małego Tytusa, który był zdecydowanie najpiękniejszym dzieckiem na świecie.

Aurelia ścięła swoje warkoczyki, kiedy Tytus poszedł do szkoły.

 

 

Kwiecień, jeszcze bardziej cofamy się w czasie. Jestem nastolatką

 

Sześć lat różnicy między nastolatkami to rzeczywiście mentalny Mur Chiński. Nie da się go przeskoczyć, obejść, nie można rozmawiać na wszystkie tematy, bo jeśli ktoś ma trzynaście lat, a ta druga osoba dziewiętnaście, problemy i dylematy mają zupełnie inną siłę. Ja stresowałam się wtedy swoją pierwszą miesiączką, a Aurelia była już zakochana. Mieszkałyśmy blisko siebie, zanim moi rodzice przeprowadzili się do połowy bliźniaka z niewielkim ogródkiem. Oczywiście zabrali mnie ze sobą, czym nie byłam zachwycona, bo lubiłam swoje podwórko, obserwowanie Aurelii, bliskość basenu oraz sklepiku ze słodyczami. Świat nastolatki budują ściany przyzwyczajeń i nawet zabranie ulubionego lizaka mordoklejki może doprowadzić do buntu. Na razie jednak mieszkałam tutaj, na ulicy Woźnej, w starej kamienicy na poddaszu. Aurelia mieszkała dokładnie w kamienicy obok i korzystałyśmy z tego samego podwórka ze starą piaskownicą i trzepakiem. Ja jeszcze na nim wisiałam, ona już dawno z niego zeszła, ale i tak widywałyśmy się dość często.

Nosiła cudowne ciuchy od plastyków, które kupowała na jarmarku albo w niewielkiej galerii na Starym Rynku. Wygniecione, kolorowe, powłóczyste, inne niż wszystkie inne, a do tego wysokie buty ze skóry zimą, a latem skórzane sandały. Też inne od innych. A już na pewno od moich. No i wisiorki, bransoletki i kolczyki domowej roboty. Z modeliny, wypiekanej później w piekarniku. Miała jasną cerę, odrobinę zadarty nos, gęste ciemne włosy, które zazwyczaj nosiła rozpuszczone, i czekoladowe oczy. Uwielbiała pomarańczową pomadkę do ust i chyba była jedyną kobietą w naszym mieście, która jej używała. Lubiłam, kiedy się uśmiechała, kiedy pokazywała swoje białe zęby, idealnie proste w górnej części szczęki i mocno pokrzywione w dolnej. Zupełnie jakby nagle zabrakło im miejsca.

– Cześć! – wołałam do niej całą sobą, ale ona była bardziej powściągliwa. Machała mi wprawdzie czasem ręką, ale nie było w tym zaproszenia do przyjaźni. Zresztą nie tego wtedy oczekiwałam. Wystarczyło mi, że mnie widzi, że nie patrzy przeze mnie, nie zauważając, tylko że czasem nawet zawiesi wzrok na dłużej niż nanosekunda. Dla trzynastolatki bardzo ważne jest nie być przezroczystą. Dla kobiety czterdziestoparoletniej również. Ale o tym później.

Obserwowałam Aurelię z jakąś dziwną fascynacją, wynikającą być może z faktu, że nie potrafiłam dogadać się ze swoimi rówieśnikami. Chociaż próbowałam.

Chciałam na przykład zaprzyjaźnić się z Dorotką, bo jej rodzice byli w podobnym wieku do moich i nasze mamy odnalazły coś, co nazwały wspólnym językiem. Automatycznie też próbowały nas ze sobą połączyć, bo czyż nie byłoby to cudowne, gdybyśmy wszyscy razem pojechali pewnego dnia na majówkę? Dorotka była mi jednak obca i to zarówno pod względem emocjonalnym, jak i kulturowym. Bardzo wcześnie zaczęła histerycznie reagować na zaczepki chłopięce, a im bardziej były one nachalne, tym donośniej piszczała, niestety z zachwytem, że ktoś ją podszczypuje. Kiedy w pobliżu pojawiał się jakiś chłopak, całkowicie porzucała konwersację i ignorowała osobę, z którą jeszcze przed chwilą rozmawiała. Zaczynała też strzelać oczami, trzepotać rzęsami, trzepotać ciałem, a na końcu oblizywała usta, i to tak intensywnie, aż zaczynało z nich kapać. Jej pokój (zaproszenie w niedzielę na obiad z podwieczorkiem, niestety nie mogłam odmówić) był pełną dokumentacją aktualnych męskich ideałów. Limahl, Pet Shop Boys, Thomas Anders oraz kilku nagich, błyszczących chłopców z tak zwanych boysbandów, których jednak nie kojarzyłam. Dorotka pokazała mi wtedy, jak się do nich przytula przed pójściem spać, a ja poczułam zażenowanie na widok jej języka przemykającego po intymnych częściach papierowych ciał. Próbowałam zmienić temat, spytałam, czy widziała film Greystoke: Legenda Tarzana, władcy małp, ale to nie było dobre pytanie, bo Dorotka natychmiast zaczęła opisywać nagi tors pół człowieka, pół małpy i znowu się oblizywać. Pod względem erotycznym stałyśmy po dwóch stronach przepaści.

– Całowałaś się już? – pytała na przykład, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie całowałam się, nie miałam nawet obiektu westchnień, ale przecież nie mogłam, ot tak, się do tego przyznać. Na szczęście Dorotka nie oczekiwała moich zwierzeń, to było pytanie retoryczne, zadane tylko po to, by samej móc zanurzyć się w erotycznych opowieściach. Nie wierzyłam jej w ani jedno słowo, choć trzeba przyznać, że zafundowała mi cały arsenał pikantnych szczegółów.

– Pamiętaj, że usta nie mogą być suche, bo wtedy nie współgrają podczas pocałunku – wyjaśniła mi z zaangażowaniem. – Nie wolno też wpychać języka zbyt głęboko, bo można nim zadławić partnera.

Zdecydowanie zrobiło mi się wtedy niedobrze.

Nic dziwnego, że wolałam Aurelię, nawet jeśli nie zamieniła ze mną żadnego słowa. Podświadomie czułam jednak, że mamy ze sobą wiele wspólnego, tylko czekamy na bardziej sprzyjające okoliczności. Nie zrażałam się już tym, że mnie ignorowała, że kiedy zobaczyłyśmy się po raz pierwszy, w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi, a na moje szerokie spektrum zaczepek odpowiadała czasem lekkim skinieniem głowy. Ale była. I wystarczała mi świadomość, że mieszkamy blisko siebie.

Kiedyś jednak wydarzył się cud.

Aurelia siedziała na kamiennych schodkach przed swoją klatką schodową i nawlekała koraliki na sznurek. Jeden upadł jej na ziemię i poturlał się w moją stronę. Podniosłam go jak największy skarb i podałam jej bez słowa, choć strasznie tłukło mi serce.

– O, dzięki – powiedziała i machnęła ręką. – Siadaj.

Tak.

Tak właśnie powiedziała. Po tylu latach obserwowania jej, przypatrywania się i godzinnych rozmowach przeprowadzonych w mojej głowie ona po prostu pozwoliła mi koło siebie usiąść.

Więc zrobiłam to, bardzo ostrożnie, jakbym była motylem, jakby najmniejszy ruch mógł mnie uszkodzić, naderwać skrzydła i zepsuć ten moment ulotny jak babie lato. Aurelia nic nie mówiła, ja również, bo wszystko, co miałabym ewentualnie do powiedzenia, było dziecinne, głupie i niedorzeczne, więc tylko siedziałam obok, czując się nienaturalnie nieswojo i patrzyłam na jej dłonie. Był kwiecień, a może już maj, ciepło, choć po jakimś czasie czuło się chłód w okolicach pośladków. Niektóre okna były otwarte, słychać było szczękanie sztućców, przygotowania do obiadu, a ja modliłam się, żeby moja mama nie zawołała mnie na mielone z buraczkami i ziemniakami purée.

Nie żebym ich nie lubiła.

Po prostu to nie był dobry moment na mielone.

Wiatr bawił się naszymi włosami, słońce malowało pierwsze piegi na nosie, biedronka spacerowała po moim ramieniu, a ja patrzyłam na kolorowe paciorki, nawlekane na rzemyk. Zwykła chwila, banalna pewnie z punktu widzenia kogoś innego, niezauważalna dla dorosłych, niewarta zanotowania, bo przecież nic się nie działo. Ale dla mnie była magiczna. Fascynacja starszą koleżanką. Kimś, kto wiedział o świecie znacznie więcej niż ja, kto mógłby mi co nieco zdradzić i pokazać, co kryje się za przekroczeniem piętnastych, szesnastych, siedemnastych urodzin. Na rodziców nie mogłam w tej kwestii liczyć. Niecałe trzydzieści lat później te same koraliki nawlekał dla mnie Tytus, bo niechcący zerwałam wisiorek. I nawet pomyślałam wtedy, że zniszczyłam swój talizman, ale on tak szybko wszystko naprawił, że przecież żaden amulet nie zdążyłby się zorientować, że przez chwilę nie działał.

A jednak.

– Chcesz taki wisiorek? – Naprawdę mnie wtedy o to spytała.

Kiwnęłam głową, przygryzając usta.

Aurelia wybrała kilka czerwonych, kilka niebieskich i kilka żółtych paciorków, a potem nawlekła je na rzemyki, tworząc z nich rodzaj pędzelka doczepionego do grubszego rzemienia. A potem mi go podała. Założyłam go na szyję, jakbym odbierała złoty medal za najważniejsze osiągnięcia w życiu, i wtedy mama przypieczętowała to okrzykiem z okna:

– Koralia, obiad!

– Koralia, serio? – Aurelia spojrzała na mnie z uśmiechem, ale bardziej zaskoczonym niż szyderczym. – A ja jestem Aurelia.

Wiedziałam, jak ma na imię, mama mi powiedziała, ale udałam, że jestem przyjemnie zdziwiona tym, jak podobnie brzmią nasze imiona, mimo iż są przecież zupełnie różne.

– Mogę później? Nie jestem głodna! – zaryzykowałam, chociaż byłam pewna, że niczego nie wskóram.

– Są mielone!

No właśnie. Kotlet przekreślił dalszy splot ewentualnego porozumienia między mną a Aurelią, na dodatek było mi okropnie wstyd. Siedziałam koło dorosłej, świetnej dziewczyny, miałam jej właśnie po raz osiemnasty podziękować za wisiorek, a między nami stanął mielony z majerankiem.

Oraz buraczki.

Natasza Socha – o autorce

Natasza Socha – poczytna pisarka powieści romantycznych i obyczajowych. Autorka m.in. takich bestsellerów jak Macocha, Maminsynek, Rosół z kury domowej. W dzieciństwie chciała jednak zostać lekarzem, a dokładniej to chirurgiem. To zaprowadziło ją do I Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu na profil biologiczno-chemiczny. Pokonała ją jednak fizyka, więc ostatecznie wylądowała na studiach na Naukach Politycznych i Dziennikarstwie. Oprócz książek zajmuje się pisaniem różnorodnych tekstów do pism, magazynów, gazet, miesięczników i portali internetowych.

Cechy produktu

Cechy produktu

Wydawca: Edipresse Książki

data wydania: 15 lutego 2018

liczba stron:300

format:13.5x21.5cm

język wydania:polski

numer produktu: 100635896

EAN: 9788381172950

Średnia ocena Klientów:5(Oceniło 9 osób)
Kategorie
Dodaj recenzję

Dodaj recenzję produktu "Troje na huśtawce "

Twoja ocena
Jednym zdaniem
Treść recenzji
Oświadczam, że jestem wyłącznym autorem publikowanej recenzji i nie narusza ona praw osób trzecich. Wyrażam zgodę na wykorzystanie recenzji przez Ravelo sp. z o.o. do celów promocyjnych.
Biorę udział w konkursie recenzji.

Inni klienci oglądali również

Małżeństwo we troje

Małżeństwo we troje

11111

produkt niedostępny

Była zrozpaczona, gdy opuścił ją tak nagle. Pozostawiona sama sobie, bezbronna. Nowy mężczyzna miał jej pomóc zapomnieć o przeszłości i otworzyć nowy rozdział. Jedna dręcząca myśl o tym, kim był jej poprzedni mąż, nie dawała im jednak spokoju. To ona kładła się cieniem na całym ich wspólnym...

Gromowładny

Gromowładny

produkt niedostępny

GROMOWŁADNY to egzotyczna powieść w stylu Borgesa, która nawet na chwilę nie traci tempa i nie rozczarowuje. Miasto, prawdziwe bądź wymyślone, pojawia się w wielu gatunkach powieści fantastycznych, zwłaszcza w literaturze urban fantasy. Jednak niewiele fikcyjnych powieści w prawdziwie...

Roth Nowy Testament

Roth Nowy Testament

produkt niedostępny

Zebrane w tomiku wiersze poświęcone są gehennie narodu żydowskiego w czasie II wojny światowej – tej wciąż niezabliźnionej ranie w dziejach ludzkości. Gabriel Leonard Kamiński pragnął się wczuć poetycką intuicją w „czas po zagładzie”. Przywołać miejsca, w których kiedyś żyli ludzie, a później w...

Krótkie adaptacje znanych historii dla najmłodszych – baśni, legend i dzieł literatury – w małym formacie. Ładnie opracowane streszczenia z kolorowymi ilustracjami składają się na cykl, który doskonale uzupełni pozycje w dziecięcej biblioteczce. W serii Przeczytaj mi bajkę: Aladyn, Ali Baba i 40...

Daj się uwieść niezwykłym wzorom w klimacie „Krainy lodu”! Sięgnij po kredki lub cienkopisy i zrelaksuj się, kolorując motywy inspirowane filmowym hitem z wytwórni Disneya. Chłodne „ton w ton”? A może raczej feeria ognistych barw? To zależy tylko od Ciebie. Na każdej stronie znajdziesz też...

Na troje babka wróżyła

Na troje babka wróżyła

produkt niedostępny

Książki pod gruszę Seria współczesnych  książek obyczajowych oferujących rozrywkę, emocje, ucieczkę od codzienności Warszawa. Atrakcyjna 35-letnia Kaśka jest dyrektorką marketingu w modnym prywatnym teatrze. Właśnie rozstała się z mężem i zdołowana wyjeżdża nad Bałtyk. Poznaje tam...

Mama kazała mi chorować

Mama kazała mi chorować

11111

produkt niedostępny

Prawdziwa historia tragicznego dzieciństwa Zawsze byłam chora. Chuda jak tyczka i delikatna jak suflet; łatwo dostawałam siniaków i szybko słabłam. W szkole dzieciaki pytały wprost, czy mam anoreksję. Nie miałam; byłam chora. Następny lekarz, następny gabinet, następny opuszczony dzień w...

Troje szalbierzy

Troje szalbierzy

11111

produkt niedostępny

Ta epizodyczna powieść to awanturnicza historia próby odzyskania unikatowej monety, którą pewnemu kolekcjonerowi skradł tajemniczy młodzieniec w okularach. Troje wysłanników kolekcjonera próbuje ją odzyskać, choć nie ich perypetie są w końcu największym walorem tej historii. Ale opowieści, jakie...

Praga explore! guide

Praga explore! guide

produkt niedostępny

Którędy Lucyfer wykradł duszę Fausta? W jakiej gospodzie stołował się autor „Przygód dobrego wojaka Szwejka”? W którym praskim klubie 60. urodziny świętował Mick Jagger? Kogo przypomina Tańczący Dom? Na te i inne pytania odpowie przewodnik ExpressMap po Pradze. Nie zabraknie w nim także...

Małżeństwo we troje

Eric-Emmanuel Schmitt

wydawca:  Znak

OPRAWA MIĘKKA

11111

Była zrozpaczona, gdy opuścił ją tak nagle. Pozostawiona sama sobie, bezbronna. Nowy mężczyzna miał jej pomóc zapomnieć o przeszłości i otworzyć nowy rozdział. Jedna dręcząca myśl o tym, kim był jej poprzedni mąż, nie dawała im jednak spokoju. To ona kładła się cieniem na całym ich wspólnym...zobacz więcej »
Małżeństwo we troje

Małżeństwo we troje

Eric-Emmanuel Schmitt

Gromowładny

Felix Gilman

wydawca: MAG

OPRAWA MIĘKKA

00000

GROMOWŁADNY to egzotyczna powieść w stylu Borgesa, która nawet na chwilę nie traci tempa i nie rozczarowuje. Miasto, prawdziwe bądź wymyślone, pojawia się w wielu gatunkach powieści fantastycznych, zwłaszcza w literaturze urban fantasy. Jednak niewiele fikcyjnych powieści w prawdziwie...zobacz więcej »
Gromowładny

Gromowładny

Felix Gilman

Roth Nowy Testament

Gabriel Leonard Kamiński

wydawca: Sorus

OPRAWA MIĘKKA

00000

Zebrane w tomiku wiersze poświęcone są gehennie narodu żydowskiego w czasie II wojny światowej – tej wciąż niezabliźnionej ranie w dziejach ludzkości. Gabriel Leonard Kamiński pragnął się wczuć poetycką intuicją w „czas po zagładzie”. Przywołać miejsca, w których kiedyś żyli ludzie, a później w...zobacz więcej »
Roth Nowy Testament

Roth Nowy Testament

Gabriel Leonard Kamiński

Przeczytaj mi bajkę Księga dżungli

wydawca: Olesiejuk

kategoria wiekowa:2 lata,3-4 lata,5-7 lat

seria:PRZECZYTAJ MI BAJKĘ

OPRAWA MIĘKKA

00000

Krótkie adaptacje znanych historii dla najmłodszych – baśni, legend i dzieł literatury – w małym formacie. Ładnie opracowane streszczenia z kolorowymi ilustracjami składają się na cykl, który doskonale uzupełni pozycje w dziecięcej biblioteczce. W serii Przeczytaj mi bajkę: Aladyn, Ali Baba i 40...zobacz więcej »
Przeczytaj mi bajkę Księga dżungli

Przeczytaj mi bajkę Księga dżungli

Kraina Lodu Wzory Kolorowanki artystyczne

wydawca: Ameet 

bohater:Kraina lodu

kategoria wiekowa:3-4 lata

seria:Kraina Lodu

OPRAWA MIĘKKA

00000

Daj się uwieść niezwykłym wzorom w klimacie „Krainy lodu”! Sięgnij po kredki lub cienkopisy i zrelaksuj się, kolorując motywy inspirowane filmowym hitem z wytwórni Disneya. Chłodne „ton w ton”? A może raczej feeria ognistych barw? To zależy tylko od Ciebie. Na każdej stronie znajdziesz też...zobacz więcej »
Kraina Lodu Wzory Kolorowanki artystyczne

Kraina Lodu Wzory Kolorowanki artystyczne

Na troje babka wróżyła

Jurowska Adela

wydawca: W.A.B.

seria:Seria pod gruszę

OPRAWA MIĘKKA

00000

Książki pod gruszę

Seria współczesnych  książek obyczajowych oferujących rozrywkę, emocje, ucieczkę od codzienności Warszawa. Atrakcyjna 35-letnia Kaśka jest dyrektorką marketingu w modnym prywatnym teatrze. Właśnie rozstała się z mężem i zdołowana wyjeżdża nad Bałtyk. Poznaje tam...

zobacz więcej »
Na troje babka wróżyła

Na troje babka wróżyła

Jurowska Adela

Mama kazała mi chorować

Julie Gregory

wydawca: Amber

11111ocena: 5 [liczba ocen: 1]

Prawdziwa historia tragicznego dzieciństwa

Zawsze byłam chora. Chuda jak tyczka i delikatna jak suflet; łatwo dostawałam siniaków i szybko słabłam. W szkole dzieciaki pytały wprost, czy mam anoreksję. Nie miałam; byłam chora.

Następny lekarz, następny gabinet, następny...

zobacz więcej »
Mama kazała mi chorować

Mama kazała mi chorować

Julie Gregory

Troje szalbierzy

Arthur Machen

wydawca: C&T

seria:BIBLIOTEKA GROZY

OPRAWA MIĘKKA

11111ocena: 5 [liczba ocen: 3]

Ta epizodyczna powieść to awanturnicza historia próby odzyskania unikatowej monety, którą pewnemu kolekcjonerowi skradł tajemniczy młodzieniec w okularach. Troje wysłanników kolekcjonera próbuje ją odzyskać, choć nie ich perypetie są w końcu największym walorem tej historii. Ale opowieści, jakie...zobacz więcej »
Troje szalbierzy

Troje szalbierzy

Arthur Machen

Praga explore! guide

Katarzyna Byrtek

wydawca: Expressmap

seria:EXPLORE! GUIDE

OPRAWA MIĘKKA

00000

Którędy Lucyfer wykradł duszę Fausta? W jakiej gospodzie stołował się autor „Przygód dobrego wojaka Szwejka”? W którym praskim klubie 60. urodziny świętował Mick Jagger? Kogo przypomina Tańczący Dom? Na te i inne pytania odpowie przewodnik ExpressMap po Pradze. Nie zabraknie w nim także...zobacz więcej »
Praga explore! guide

Praga explore! guide

Katarzyna Byrtek

Sposoby i terminy dostawy

Sposoby i terminy dostawy

Dostawa kurierem - dostawa 1 dzień roboczy
Paczka w RUCHu - dostawa 2 dni robocze
Odbiór paczki w urzędzie Poczty Polskiej - dostawa 2 dni robocze
Dostawa Pocztą Polską - dostawa 2 dni robocze
Odbiór paczki w Paczkomacie InPost - dostawa 2 dni robocze
Odbiór paczki w księgarni PWN - dostawa ok. 3 dni roboczych

Ważne informacje o wysyłce

Ważne informacje o wysyłce

Każdy produkt ma na swojej stronie oszacowany czas wysyłki, potrzebny na obsługę zamówienia w magazynie, zapakowanie oraz przekazanie paczki kurierowi.
Większość oferowanych produktów posiadamy w magazynie, dlatego zamówienia wysyłamy zazwyczaj w ciągu 1-2 dni. Zamówienia opłacane z góry realizujemy od razu po uzyskaniu wpłaty od klienta. Zamówienia za pobraniem – od złożenia zamówienia.
Produkty oznaczone jako Zapowiedź lub Dodruk wysyłane są po dacie premiery wydawniczej bądź wznowienia nakładu.
Na czas realizacji zamówienia składają się czas wysyłki (podany na stronie produktu) oraz czas doręczenia przesyłki przez przewoźnika.
Wszystkie terminy dotyczą tylko i wyłącznie dni roboczych (od poniedziałku do piątku, z wyłączeniem świąt).

To top